kod kp 3

Publicystyka

Piąty już rok mija...

AUTOR: Roman Spandowski

klatka1Piąty już rok mija, jak szamoczemy się w klatce, raz po raz obijając się o jej krato podobne ściany.
Zaraz, zaraz… Co ja piszę?! Jacy my? Jaka klatka?
Najpierw KLATKA – PiSowska Polska w najmniejszym stopniu (jeszcze) nie przypomina PRLu, nawet w jego najswobodniejszym okresie, czyli za Gierka. Granic nie ma (pomijam już wyjątkowość obecnej sytuacji), media państwowe co prawda zeszły zupełnie na psy, ale są jeszcze (nadal) legalne prywatne, w tym GW i TVN.

 

 

 

 

 

 

Nie trzeba więc wsłuchiwać się wśród trzasków zagłuszarek w wolne słowo zza granicy. Internet funkcjonuje bez przeszkód. Ciągle (jeszcze) jesteśmy w Unii i NATO. W sklepach jest wszystko. Słowem jest przepięknie, choć może nienormalnie. Znacznej części społeczeństwa (a może większości?) to wystarczy do dobrego samopoczucia. Kasandry w takich warunkach nie mają wzięcia.

Co prawda na kilku mityngach słyszałem z ust naszych młodszych kolegów  recenzje obecnej polskiej rzeczywistości jako totalitarnej, ale to już kwestia młodzieńczej skłonności do przesady czy dowartościowywania swojej egzystencji i aktywności w duchu tak modnego u nas heroizmu. W tej chwili pełza ciągle autorytaryzm, zresztą od pięciu lat, i ciągle nie jest nim jeszcze w całym rozkwicie. O tej pełzającej potworze napiszę zresztą później.

Teraz MY –  tzn. kto? Przecież nie naród ani nawet społeczeństwo. Czy więc ta – wydawało się wtedy – dość spora (chociaż wcale spora nie była) gromadka ludzi, na ogół nie najmłodszych, a więc w większości pamiętających masową mobilizację społeczną za karnawału Solidarności i – już znacznie mniejszą – pod koniec lat osiemdziesiątych – którzy tuż po wyborach 2015 tworzyli KOD, aby protestować przeciwko demontażowi demokracji? Ów demontaż wówczas dopiero majaczył na horyzoncie i nikt chyba sobie nie zdawał sprawy, że dojdziemy do takiego kryzysu jak dziś. Czy też ta społeczność, często z KODem formalnie niezwiązana, która mniej lub bardziej tłumnie uczestniczyła w manifestacjach? Plus sporo takich, którzy nawet podzielali nasze poglądy i obawy, ale na gadaniu się zawsze kończyło.

Teraz jest nas znacznie mniej i na dodatek gorsząco i nieprzyjaźnie się podzieliliśmy. Czego przyczyny widzę tylko w niezdrowych ambicjach działaczy. A przecież pamiętam naiwny entuzjazm sprzed pięciu lat, że będzie nas coraz więcej, a zwycięstwo za pasem. To już raz zresztą było – „wiosna nasza”. Ja wtedy tego entuzjazmu nie podzielałem – może dlatego, że byłem świadkiem blamażu owej „naszej wiosny”, czyli że po prostu byłem starszy i chyba bardziej doświadczony. Zresztą to nieważne.

A przecież oprócz „nas” – oddanych, zdeklarowanych, ciągle aktywnych oraz zrezygnowanych –  są jeszcze Polacy totalnie obojętni wobec ostatnich problemów, w tym też symetryści. Wreszcie są ci nam zdecydowanie wrodzy, którzy pójdą w ogień za PiS, Kaczyńskiego, zamach smoleński, Maryję królową Polski, na pohybel lewakom, dewiantom, imigrantom, Żydom, kolorowym itp. itd. Nie unieważnimy ich polskości, choć oni wobec nas to robią.

Stosując w sposób nieuprawniony zbyt wygórowane standardy polityczno-moralne, można by powiedzieć, że jako społeczeństwo nie zdaliśmy egzaminu z demokracji. Stwierdził tak zresztą kilka dni temu w TVN politolog prof. Markowski –  początek tego widząc  w poddaniu Trybunału Konstytucyjnego. Nie zgadzam się, bo tak jak nie można żądać od jednostki heroizmu, tak też od zbiorowości rewolucyjnego amoku.

Jest jednak coś znacznie gorszego od naszej nieliczności. Nawet ta – przecież nie tak mała – część Polaków, która z dużym poświęceniem chodziła i jeździła na demonstracje, przygasła. Żeby nie rzec – zupełnie zgasła. Bo ileż można demonstrować, jeśli nie widać sukcesów? Racje, że gdyby nie było KODu i w ogóle opozycji pozaparlamentarnej – zresztą całkowicie słuszne, byłoby jeszcze gorzej, nie na wiele się zdadzą w skali społecznej na dłuższą metę. O innych formach naszego istnienia w przestrzeni publicznej, jak strony internetowe z komunikatami i publicystyką, akcje plakatowe, doraźne interpelacje do instytucji państwowych czy samorządowych, w ogóle nie warto mówić. W tej chwili jest to sztuka dla sztuki i pięknoduchostwo. Wszystkie dotychczasowe metody walki, działania czy w ogóle funkcjonowania się zużyły. Dotarliśmy do ściany.

Konieczne jest więc absolutnie nowe otwarcie, gruntowny reset. Powinny się tym zająć mądre głowy, najlepiej jednak spoza instytucjonalnej i zawodowej polityki. Nie myślę negować potrzeby profesjonalnych polityków i partii, a w ogóle nie przepadam za amatorami, którzy jak królik z kapelusza pojawiają się znikąd w nimbie świeżości i politycznego dziewictwa, serwując nam tyleż szlachetne, co naiwne komunały. Niemniej jednak partyjni politycy są zbyt zaangażowani w różne gry i gierki, znane od lat, a tu trzeba zupełnie nowego oddechu, myślenia  niekonwencjonalnego, ale i nierewolucyjnego. W końcu innej demokracji nie wydumamy.

Potrzebny jest – uważam – bilans zamknięcia dotychczasowych rządów PiSu. Wiem, że rządy te jeszcze trwają, ale lepiej być przygotowanym zawczasu. W bilansie tym winno się ująć:

1) wszystkie – naprawdę wszystkie! – nieprawne ekscesy rządzących, w tym – co jest najważniejsze – gwałty na konstytucji. Wymienione skrupulatnie w kolejności chronologicznej, z dokładnymi cytatami z PiS-owskich nie praw oraz odpowiadających im punktów ustawy zasadniczej.

2) wszystkie bezsensowne i kontrowersyjne decyzje i plany ekonomiczne wraz z kosztami już poniesionymi oraz spodziewanymi; a także skandale finansowe wynikające z nepotyzmu i korupcji, których rozmiary przebijają wszystko, z czym dotąd mieliśmy do czynienia.

3) wszystkie kłamstwa – bądź oczywiste łgarstwa, bądź pokrętne interpretacje faktów made by PiS. Wśród tłumu ich autorów jawi się szczególnie Morawiecki – zwany w internecie Kłamcjuszem – ze swoją konfabulatorską namiętnością oraz nieuctwem historyczno-literackim. 

4) personalia wszystkich państwowych funkcjonariuszy odpowiedzialnych za zło, którego się dopuścili. Trybunał Stanu powinien po raz pierwszy zadziałać. Nie dla zemsty, ale gwoli elementarnej sprawiedliwości oraz przestrogi na przyszłość, czym możemy udowodnić, że najważniejsze są dla nas imponderabilia, a nie doraźne interesiki tej czy innej w danym momencie władzy.

Tu się powinny też znaleźć kroniki ostatnich wydarzeń związanych z pandemią i wyborami. Jeśli chodzi o koronawirusa, to spośród różnych faktów – niekiedy o władzy nie najgorzej świadczących (co trzeba uznać), trzeba przedstawić początkową (późniejszą często również) nonszalancję, brak zborności w decyzjach, osamotnienie służby zdrowia, która się znalazła na pierwszej linii frontu bez jakiejkolwiek logistyki, dezynwolturę prawną polegającą na tym, że ogłaszano restrykcyjne wobec społeczeństwa obostrzenia bez prawnego ich umocowania, a często także bez sensu. I że kolejne tarcze antykryzysowe nijak się mają do oczekiwań przedsiębiorców ani do dokonań zachodnich krajów Unii. I że znoszenie różnych ograniczeń nie jest motywowane merytorycznie, ale wynika z bieżących kalkulacji politycznych – często nieuczciwych. Sądzę, że będzie tu jeszcze wiele do dodania.

Jeśli chodzi o wybory, sytuacja jest okrutnie jasna. Całego tego piramidalnego pod względem prawnym galimatiasu – przy którym mitologiczny labirynt się wydaje igraszką dla dzieci na placu zabaw – nie da się niczym racjonalnym wytłumaczyć poza polityczną, na razie jeszcze szczątkowo demokratyczną – przedwyborczą kalkulacją w całej jej ohydzie.

Tu się na pewno dużo jeszcze może dodać. Na to zresztą liczę. Wszelkie pomysły polityczne o grubej kresce – nie w tym znaczeniu, które przypisywano Mazowieckiemu – zdadzą mi się  szyderstwem wobec tych, którzy w ciągu ostatnich protestowali z desperacją i bez nadziei na jakiekolwiek konfitury. W tym także wobec mnie. Jest zło, z którym się trzeba rozliczyć – nie poniekąd zewnętrzne jak w 1989 r. – ale już całkiem wewnętrzne, niemniej złowrogie. Każdej władzy się ono śni. Autentyczna, dogłębna demokracja jest się w stanie z tym poradzić. Przynajmniej dotąd była. Chcę wierzyć, że nadal jest.

Dodać chcę jeszcze parę zagadnień na później, na ten moment wydających się jako nie najważniejszych, ale faktycznie tkwiących u podstaw wielu naszych współczesnych nieprawości politycznych:

1) Sama istota spółek skarbu państwa, a przynajmniej takich, w których skarb państwa ma głos decydujący. To wylęgarnia politycznej korupcji dla każdej ekipy, która dąży do władzy. Czas wreszcie z tym skończyć. Klejnoty koronne miały należeć do Korony, czyli do Państwa, a nie do aktualnej władzy. Skoro jest to niemożliwe, trzeba skończyć z ideologiczną fikcją.

Czyli spółki te dać na giełdę. Dotyczy to także banków. Jakakolwiek tzw. repolonizacja jest w swej istocie nacjonalizacją, czyli upaństwowieniem. Chyba nie po to odrzuciliśmy PRLowski socjalizm, by wracać do niego pod inną barwą.

2) Co się tyczy nepotyzmu, to skoro w społeczeństwie nie ma zgody ani po temu niepisanych praw, by ograniczenia rodzinnych czy towarzyskich koligacji tak tylko z przyzwoitości mogły zapobiec konfliktowi aktualnych środowiskowych interesów, trzeba uchwalić jakieś specjalne prawa, warowane też konstytucją. Choć najmniej bym chciał ponownego grzebania przy ustawie zasadniczej. I tak jest już zbyt rozgadana.

3) Trzecia sprawa jest najdrażliwsza i najtrudniejsza do przeprowadzenia. Chodzi o relacje między państwem a kościołem katolickim. Ten zajmuje w naszej społeczności pozycję szczególną. Słusznie czy niesłusznie, to rzecz odrębna. Dla mnie niesłusznie, ale można by mi zarzucić jako niewierzącemu, że z natury albo diabelskiego namaszczenia jestem mu wrogi. Rolę rzymskiego kościoła w naszej historii w pełni doceniam – na dobre czy na złe. Pomijając już przeszłość – żyjemy tu i teraz, co innego nas interesuje, czym innym się kierujemy, kształtując swe życie, wybieramy niekoniecznie te same wartości (a może te same, gdyby się dokładnie wczytać w Nowy Testament), czujemy się wolni. I nie musi to oznaczać totalnej anarchii, ale po prostu wybór niekonwencjonalny. Co nie znaczy, że destrukcyjny wobec przyrodzonego porządku moralnego. Może nie jest on tak przyrodzony?

Jest zupełnie niemożliwe, żeby kościół rzymskokatolicki się z sam z siebie zreformował. Hasło „ecclesia semper reformanda (czyli: kościół się ciągle musi reformować)” było głoszone przez protestantów i jako takie z gruntu odrzucane przez Rzym. Trudno oczekiwać teraz czegoś innego, skoro polski kościół marzy tylko o odzyskaniu dawnej roli ideowej i materialnej i nie baczy, że świat wokół się diametralnie zmienił i nadal się zmienia. I że odkrywane są coraz to paskudniejsze strony ideologiczno-instytucjonalnej roli tegoż kościoła w historii dawniejszej i młodszej. Trzeba więc radykalizmu świeckiego państwa, żeby odgrodzić instytucjonalnie sacrum od profanum. Szczegóły – kiedy indziej. Kościół niech załatwi swoje wstydliwe sprawy, a państwo niech będzie tu bezpośrednio zainteresowaną stroną, jako że chodzi tu o tegoż państwa obywateli, często młodocianych, a tym samym o najpodstawowsze prawa człowieka.

Przychodzi mi do głowy tylko radykalna reforma relacji między państwem a kościołem w wydaniu francuskim z 1905 r. Wręcz brutalna, ale innego wyjścia nie widzę.

4) Całkowicie skundlone media rządowe (pardon! narodowe) trzeba będzie po zmianie władzy odesłać całkowicie na zieloną trawkę, bo nic dobrego się nie da z tego odzyskać. Jak się ktoś dobrowolnie i z przyjemnością skurwił, nigdy nie wróci do dziewictwa. Problemem będzie, jak stworzyć nowe państwowe media, żeby nie dać im możliwości powrotu do roli tuby propagandowej nowej władzy. Na cywilizowany konsensus typu brytyjskiego BBC nie ma co liczyć, bo nasza rzeczywistość społeczno-polityczna daleko odbiega od brytyjskich norm. Pozostają uregulowania prawne, które i tak ze złą wolą można będzie obejść. Ale cóż.

5) Ten punkt dotyczy kultury – najszerzej zresztą pojętej. Najpierw o państwowej ideologii, w tym o tzw. polityce historycznej. Moim zdaniem – a jest to zdanie doświadczonego Europejczyka – państwo nie powinno prowadzić żadnej polityki historycznej ani ideologicznej. Interpretacja narodowej historii i jej kultury winna być domeną naukowców – przede wszystkim historyków – oraz artystów. Nawet kontrowersyjne poglądy oraz ich artystyczne prezentacje nie powinny być nijak cenzurowane, bo cenzura – nie tylko prewencyjna – sama w sobie jest najgłębszym zaprzeczeniem demokracji. Co więcej, państwo nie ma prawa selekcjonowania projektów kulturalnych pod względem ich ideowej wymowy tam, gdzie jest zobligowane do tychże finansowania lub współfinansowania. Bo to też byłaby cenzura. To jest koszt demokracji.

Jeśli zaś chodzi o obyczajowość, to sytuacja jest analogiczna, lecz jeszcze bardziej wybuchowa. Przede wszystkim państwo nie powinno realizować jakiejkolwiek ekstremalnej wizji etycznej, nawet niezależnie od tego, jaki procent społeczeństwa ją jakoś popiera. Państwo ma przede wszystkim minimalizować społeczne koszty czegokolwiek. Np. alkoholizm jest powszechnie znanym złem, ale prohibicja – zadekretowana w USA przez fundamentalnych chrześcijan jako owo zło – generowała zło jeszcze większe. Podobnie jest z forsowanym u nas zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej. Zjawisko zakazane nie zniknie, tylko się przeniesie do podziemia albo za granicę.

Inaczej się rzecz ma, jeśli chodzi o segment LGBT. Ludzie ci – bo przecież rzecz nie w jakiejś wykoncypowanej ideologii, tylko konkretni, indywidualni, i tak swoją innością dotknięci żywi ludzie – którzy doznają wszelkich możliwych wykluczeń, upokorzeń i aktów przemocy od gawiedzi bez jakiejkolwiek obrony państwa. Ba, co więcej, państwo – wszak pono wspólne dobro wszystkich obywateli – sankcjonuje to paskudztwo, bo z błogosławieństwem katolickiego kościoła (patrz punkt 3). I się kółko zamyka. A mamy wiek XXI, grubo po przemyśleniach Oświecenia. A tu chodzi o CZŁOWIEKA. W pryncypia katolicyzmu nie będę wchodzić, bo to nie moja bajka, ale on także niech nie wchodzi w ogólnospołeczne pryncypia, bo to też zdecydowanie nie jego bajka. A państwo jest od ludzkiej bajki, a nie kościelnej.

I tu się właśnie spodziewam, że zarówno konstytucję RP, jak i kodeks karny uzupełni się o kolejny zakazany obiekt społecznej nienawiści, czyli o „ludzi nieheteroseksualnych”.

Jest na pewno całe mnóstwo rzeczy tu niewyszczególnionych, ale można je uzupełnić. Oraz wszechstronnie rozwinąć. Na co zresztą liczę.

Zdaję sobie sprawę, że w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej mój – sercu najdroższy KOD –  oraz inne tego typu opozycyjne byty nie będą już miały decydującego znaczenia. Nie będziemy mogli być nawet mentorami nowych formacji. Co najwyżej pokornymi doradcami.

Bo lada moment społeczeństwo wzburzy się nie z naszych systemowych i pryncypialnych lekkoduchowskich racji, ale po prostu walcząc o życie. Pandemia w całym świecie katrupiła przedsiębiorczość i wykonywaną pracę. Różne kraje przedsiębrały środki, które dla ortodoksyjnych liberałów winny być jak płachta dla byka (coś  nie słyszę tu nawet pisku Korwina). Tyle że dla UE to było około 20% PKB, a w Polsce około 4%. Ale jeśli się w tłustych latach – bądź co bądź nie z własnej zasługi – nie zgromadziło zapasów na chude lata (przy okazji dla ortodoksyjnych chrześcijan cytat z Biblii – ST Gen 41/17nn. – to o tłustych i chudych krowach, gdyby ktoś z patentowanych rządowych chrześcijan nie wiedział), to potem tylko skamleć. Lub żebrać w Brukseli, a jak się ta zeźli, to u Putina).

Czort wie, w którym kierunku pójdą zdewiowane myśli pustelnika z Nowogrodzkiej. Bo reszta jego akolitów nie charakteryzuje się żadną myślą. Ja na razie pasuję. Lecz polecam się młodszym. Pokładam w tym sporo nadziei.

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info