kod kp 3

Publicystyka

LGBT a sprawa POLSKA

Autor: Roman Spandowski
LGBT Rainbow

PiS poruszył najpierwotniejsze, najczarniejsze, najobrzydliwsze instynkty naszej społeczności. Programowo nie piszę o narodzie, bo to – po pierwsze – pojęcie całkowicie pozanaukowe, a po drugie (co zresztą wynika z poprzedniego) – należące do sfery ideologii i jako takie mogące być przedmiotem dowolnych, a najczęściej najobrzydliwszych manipulacji. z czymś takim mamy od paru lat do czynienia. Ale ja tego nie chcę.

 

 Ideologię PiSu można rozkładać na czynniki pierwsze w rozmaity sposób. Poczynając od ekonomii. Nie czuję się jednak w tej materii wystarczająco sprawny, zatem zostawiam tę kwestię fachowcom. Co się tyczy zaś prawa państwowego, to już mocno inaczej. Ale jaki jest koń, każdy widzi. Koń? Śmiechu warte. Sterany i całkiem zgłupiały wałach. Tym też zaś już zajmują się uczeni prawnicy, nie pozostawiając na chorobliwych defekacjach owego wałacha suchej nitki. Zajmę się jednakowoż sprawą także ogólnie znaną, ale jakby nie do końca doświetloną.

Zdobyczą europejskiego Oświecenia (co prawda z trudem i długo absorbowaną przez różne narody europejskie, w tym polski) było rozdzielenie segmentu religijnego poznania od świeckiego – czyli nauki (w tym historii), polityki wewnętrznej (a i zewnętrznej), a nade wszystko PRAWA. A tym samym sfery sacrum od profanum. Wieki chrześcijaństwa w dziejach naszego kontynentu zrobiły swoje, choć bynajmniej chrześcijaństwo nie jest jedynym (a nawet najważniejszym) wyróżnikiem europejskiej cywilizacji. Bo jest ona dużo starsza, a chrześcijański dominant czerpał pełnymi garściami z wcześniejszego dorobku antycznych Greków i Rzymian (a i jeszcze wcześniejszych, i równoczesnych mieszkańców Bliskiego Wschodu, w tym muzułmańskich Arabów; zresztą Dalszego też). Filozofia dawnych Greków, która się stała zaczątkiem wszystkich późniejszych nauk szczegółowych (a jaki status uzyskała potem, gdy się mogła już wydawać tylko beztreściową wydmuszką, stanowi zagadnienie samo w sobie, ale wciąż ważne), sformułowała dwa całkiem sprzeczne ze sobą paradygmaty. Pierwszy Platona – że zmysły, dzięki którym poznajemy świat, który nas otacza, faktycznie oddzielają jednak nas od rzeczywistości jedynej prawdziwej (tu: wizja jaskini w jego dialogu „Państwo”), drugi zaś Arystotelesa – że poznanie świata jest możliwe tylko dzięki zmysłom. Ciekawe, że obaj (zresztą nauczyciel i uczeń) uznawali ludzki intelekt za podstawowe narzędzie poznania, choć zupełnie inaczej. I Platon, i Arystoteles posłużą potem jako intelektualne pogłębienie dość mikrej wcześniej teologii Nowego Testamentu.

Upaństwowione po edykcie mediolańskim (313 r. ne.) chrześcijaństwo, pozostawiając otwartym spór między platonikami a arystotelikami, i tak sprowadziło filozofię do roli służki teologii (philosophia ancilla theologiae – scholastycy od IX do XIII w.). Szkoda, że zamiast punktować rewelacyjną etykę Nowego Testamentu wdało się w dyskurs ontologiczny, który musiał prowadzić donikąd. Takie jest moje zdanie. Moim zdaniem jest również to, że koncypowane w ówczesnej teologii dowody na istnienie Boga same w sobie pierwotnie zakrawały o herezję, bo wszak o wszystkim miała i ma decydować wiara – różne cytaty z Pawła z Tarsu, później zwłaszcza u protestantów – sola fide (czyli tylko wiara) – a nie rozum, czy nawet sumienie, bo te miało być bezwzględnie podporządkowane kościelnemu zwierzchnictwu, a w katolicyzmie – rzymskiemu magisterium. A ponadto w/w dowody: kosmologiczny, ontologiczny i teleologiczny – zakładające, że tak skomplikowany świat (bądź wszechświat) musiał mieć jakąś przyczynę sprawczą, jeszcze bardziej skomplikowaną, popadają w sprzeczność same ze sobą. Dokładnie chodzi o zasadę redukcjonizmu bądź ekonomii myślenia, znaną już w starożytności, ale od średniowiecza kojarzoną głównie ze scholastykiem Davidem Ockhamem i dlatego zwaną brzytwą Ockhama. Chodzi w niej o to, że nie należy mnożyć bytów bez potrzeby, czyli żeby wyjaśniać to, co się zdaje być niemożliwym do wyjaśnienia, nie wolno wymyślać bytu jeszcze mniej wyjaśnialnego.

Na tej Ockhamowskiej zasadzie oparła się współczesna nauka. Według tego paradygmatu narracja naukowa i religijna nie spotykają się w żadnym punkcie. Czyli nie można naukowo udowodnić istnienia Boga. Nie można też udowodnić jego nieistnienia, jednak tu się znów kłania brzytwa Ockhama. Ale to już nie moja, a i nie nasza sprawa.

Czemu to wszystko napisałem? Po prostu dlatego, żeby raz jeszcze podkreślić, że świat religijny i świecki funkcjonują w zupełnie różnych rzeczywistościach. Sfera świecka powinna zostawić sferę religijną samej sobie, ale i – co znacznie ważniejsze – na odwrót. Ich mieszanie jest zgubne dla obu stron. Najkrótszym tego zobrazowaniem jest znana u ewangelistów synoptycznych przypowieść o groszu czynszowym, z morałem: Dajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga. Ale to wymyśliło chrześcijaństwo jeszcze jako nonkonformistyczna religia wszelkich wykluczonych przez ówczesny establishment. Jednak po edykcie mediolańskim chrześcijaństwo samo się stało establishmentem. I cholernie polubiło tę sytuację. Co się mu dotąd odbija czkawką aksjologiczną, jako że otaczająca rzeczywistość bardzo się przez wieki zmieniała, już zmieniła i zmienia nadal. Z dobrej woli nijak chrześcijaństwu się nie chce wrócić do źródeł – szlachetnych, ale jak niedogodnych!, a z przymusu – to się dąsa i kreuje na męczennika. Ale do końca walczy o bynajmniej nie ewangelijny prestiż społeczny i prawo do niczym nieskrępowanego sybarytyzmu – rozkoszy władzy, stołu i łoża. Na zewnątrz teatralnie manifestuje swoją wyjątkowość anachronicznym i groteskowym kostiumem, tudzież bardziej już demokratyczną tuszą, ale broni jak najświętszych tajemnic wiary sekretów swoich kuchni, a szczególnie sypialni. Do ich kuchni nie mam nic, jeśli żrą nie za moje (ale niestety żrą również za moje) pieniądze, natomiast sypialnie to już zupełnie inna kategoria. I o tym będzie następny akapit.

Odziedziczony po starotestamentowych żydach dekalog ma – jak sama nazwa wskazuje – dziesięć przykazań. Pierwsza ich trójka dotyczy tylko kultu religijnego. Możemy ją więc spokojnie odstawić. Reszta ma charakter uniwersalnie etyczny. Uniwersalnie może nie do końca, ale o tym potem. Etyczny, czyli moralny. Już zestawienie obu tych podobno synonimów pokazuje osobliwość rozumienia moralności przez katolicyzm. Przynajmniej polski. Przyjrzyjmy się potocznemu zrozumieniu słowa „moralny”. Epitet ten służy – zwłaszcza w wersji zaprzeczonej (czyli „niemoralny”) – ocenie osób (głównie jednak kobiet) oraz ich zachowań tylko pod względem 6. i 9. przykazania. To znaczy, że „żyć a. zachowywać się niemoralnie” nie dotyczy braku szacunku wobec rodziców, pozbawiania innych życia, kradzieży lub oszustw podatkowych, kłamania czy chciwości bądź zawiści, ale wyłącznie niekonwencjonalnej seksualności. Jednym słowem – owe dwa przykazania zdominowały cały dekalog. Ja uważam to za przejaw choroby lub dewiacji w indywidualnym i zbiorowym wydaniu. Posługując się językiem współczesnego marketingu – 6. i 9. przykazania zostały stanowczo przereklamowane. Ale wracając na grunt etyki – takie właśnie ich zrozumienie przyniosło i nadal przynosi niewypowiedzianą krzywdę ludziom LGBT. Nie dość, że są mniejszością w obrębie swoich populacji (a każda mniejszość już jakoś stygmatyzuje), to jeszcze spotykają się z okrutnym wykluczeniem nie tylko ze strony bezmyślnego bydła (sorry, zdrowej tkanki społeczeństwa broniącej jego podstawowych wartości), ale również ze strony instytucji uważanej dotąd prawie powszechnie za najważniejszy etyczny (zresztą jakikolwiek) autorytet. Interakcje tych dwóch środowisk, pozornie tak ze sobą sprzecznych, przypominają sprzężenie zwrotne, kiedy jedna strona napędza drugą w bezwzględności i okrucieństwie ocen ludzi INNYCH. Gdzie tu miejsce na podstawowe przesłanie Nowego Testamentu, czyli przykazanie miłości? A kiedy po stronie fundamentalistów religijnych stanie jeszcze państwo? Teokracyjna katastrofa.

Ostatnie zdanie będzie tu też ostatnim moim odwołaniem do – pono – fundamenty chrześcijaństwa. Niektórzy roszczą bezpodstawnie pretensje do wyłączności chrześcijaństwa w dorobku cywilizacji europejskiej. Ale całkiem zapomnieli (zakładam głupotę i złą wolę jednocześnie) o nowotestamentopwym przykazaniu miłości. Powtórzę raz jeszcze – to, co jest najważniejsze dla cywilizacji europejskiej, a i ogólnoświatowej w chrześcijaństwie – to jego uniwersalna i bezkompromisowa etyka, wobec której wszelkie detale teologiczne i rytualne są mało znaczącymi pierdołami. Na dowód cytat z 1. listu Pawła do Koryncjan (z tzw. hymnu do miłości – 13/13): „Teraz trwają: wiara, nadzieja i miłość; tych troje. A z tych największa jest miłość”.

Teraz wracam na grunt świecki – jako wierny dziedzic myśli Europy przedchrześcijańskiej, Odrodzenia i Oświecenia. W wielokulturowej Europie (a będzie ona jeszcze bardziej wielokulturowa) tylko to może nam zapewniać jako taki (bo ideały obiektywnie nie istnieją) społeczno-kulturowy ład. Przynajmniej taki, jaki był w państwach hellenistycznych oraz w rzymskim cesarstwie w czasach jego rozkwitu. Tu przypominam, że tzw. tolerancja nie jest tylko znoszeniem innych poglądów i cudzych zachowań głęboko wbrew sobie, ale uznaniem ich równoprawności dla dobra całej społeczności. Jest ona tym samym co braterstwo (fraternite) z hasła rewolucji francuskiej (wszyscyśmy z niej, czy to się komuś podoba, czy nie) albo nasza SOLIDARNOŚĆ. Wiem, co mówię, bo w tejże SOLIDARNOŚCI miałem swój udział.

Dwiema ostatnimi grupami, które są wciąż jeszcze obiektami nie tylko popularnej, ale też obecnie w Polsce zinstytucjonalizowanej niechęci, czy wręcz pogardy i nienawiści, są imigranci z Afryki i Bliskiego Wschodu, tudzież ludzie LGBT.

Imigracja do Europy, emigracja z Europy oraz migracje w obrębie naszego kontynentu i w ogóle świata to zjawisko znane od wieków. Ale czymś zgoła innym wobec tego, co się zdarzało w przeszłości, jest obecna wędrówka ludów z wygłodniałego i ogarniętego wojnami Południa do nas. Tę kwestię jednak rezerwuję sobie na później, ale raczej bardziej niebawem.

Natomiast osoby LGBT towarzyszą nam, czyli całej ludzkości, od początku wszelkich cywilizacji. Dajmy sobie tu spokój z dociekaniem genezy tego fenomenu. Niech nam to wystarczy, że ci ludzie – konkretni, jednostkowi, często nam znani, a niekiedy wręcz nasi najbliżsi – istnieją wśród nas. Rzadko znajdują w nas oparcie, a nawet jak znajdują, to tylko pośród wtajemniczonych, których liczbę mierzy się jak bohaterów konspiracji. W szerszej społeczności nijak nie mogą liczyć na zrozumienie, a tym bardzie na akceptację. Niechrześcijanie lub niekatolicy kiedy- i gdziekolwiek w obrębie naszej cywilizacji: murzyńscy niewolnicy w USA, wschodnioeuropejscy chłopi pańszczyźniani, kobiety w całej cywilizacji zachodniej doczekali się jakoś (choć długo to trwało, a i poniekąd nadal trwa) jako takiego równouprawnienia. Nieheteroseksualni i niebinarni płciowo nadal czekają – opluwani, prześladowani, poddawani ostracyzmowi w swoim otoczeniu i wykluczani przez prawo swojego bądź co bądź kraju. Gdzieś tam, za Odrą i Nysą, czyli w Europie, ponoć wspólnej ojczyźnie naszych kulturowych wartości, mają się dużo lepiej. Ale nie w Polsce. I żadna to pociecha, że w Rosji i w krajach islamu ich pozycja jest jeszcze gorsza. To pokazuje tylko, w którym kierunku idzie wewnętrzna, a także zewnętrzna polityka PiSu, a zwłaszcza jego ideologia.

Skąd ta wobec nich nienawiść i pogarda?
Rasizm i antysemityzm zostały w cywilizowanym świecie jednoznacznie osądzone jako ideologie antyhumanistyczne i odpowiednio potępione. U nas przynajmniej na poziomie zdawkowych deklaracji tzw. autorytetów (mówię o rzymskokatolickim kościele i tzw. prawicy. A niewiarygodna niechęć wobec ludzi LGBT nie. Mają ci nieszczęśnicy, owszem, chyba autentyczne zrozumienie u lewicy i środowisk katolickich typu „Tygodnika Powszechnego”, ale obecna zalążkowa lewica jest mało wiarygodna, a „Tygodnik Powszechny” jest obiektem głębokiej niechęci katolickiej konserwy, czyli całej hierarchii kościelnej oraz gminu. Zarówno hierarchia, jak i gmin słyszą głos Boży raczej w plugawym pohukiwaniu kibolskiego bydła, np. w Białymstoku, a Bożą rękę widzą w kibolskiej pięści.

O co tu chodzi? Faktycznie, w Starym Testamencie homoseksualiści są odsądzani od czci i wiary, w Nowym Testamencie tu i ówdzie też. Ale starotestamentowy Jahwe jest nieludzkim i chimerycznym tyranem, lubującym się w odpowiedzialności zbiorowej i jako taki jest rzecznikiem tzw. reszty, czyli swojego wybranego ludu odcedzonego od grzeszników, a przy okazji też osób im towarzyszących, a niekoniecznie winnych (patrz: mit o potopie). Czyli jest typowym bóstwem plemiennym, któremu leży na sercu (czy takie bóstwo ma w ogóle serce?) tylko biologiczne przetrwanie swojego plemienia w niesprzyjającym otoczeniu. Tak prymitywne i barbarzyńsko wyobrażone bóstwo musiało wyklinać odmieńców seksualnych jako nieprzyczyniających się do prokreacji, a tym samym zagrażających samej egzystencji plemienia. Autorzy zaś Biblii (bo przecież nie Duch Św.) naukowcami we współczesnym pojęciu nie byli. Zresztą nawet nowocześni uczeni długo dochodzili do tego, że homoseksualizm to nie choroba, a już tym bardziej nie dewiacja czy inna grzeszna fanaberia. Ale jak zawsze w takich sprawach ideologicznych na polu bitwy pozostawali ofiarami zwyczajni ludzie, wplątani przez los (bo chyba nie przez Boga) w swoje wszak jednorazowe życie, w którym nie mogli być nie tylko szczęśliwi jak inni, ale nawet nieszczęśliwi jak inni. Bo nawet ich nieszczęście nie dawało im prawa do szlachetnej wyjątkowości. Musieli trwać jako społeczne ścierwo, a jak nie byli w stanie tak trwać, odchodzili w milczeniu, niepamięci lub niesławie. Dobrowolnie lub w efekcie brutalnej zewnętrznej przemocy. Doprawdy nasza cywilizacja, przede wszystkim z chrześcijaństwem w tle, winna się oblec we włosiennice i biczować się, dopóki jej ofiary jej nie wybaczą.

Swoją drogą wizja biczujących się księży, a zwłaszcza hierarchów, we włosiennicach wydała się mi tu tak zachwycająca, że aż mi dech zaparło z entuzjazmu.

Chrześcijaństwo (a zwłaszcza katolicyzm) w swoich odmediolańskich dziejach upornie trzymało się rozmaitych bzdurnych teorii – fakt, wysnutych z Biblii jako dlań objawionej i jedynej prawdy – a zmieniało zdanie nie w efekcie własnych refleksji (w seminariach nie wykłada się refleksji), lecz pod naciskiem świeckiej rzeczywistości. A tylko w takiej może istnieć nauka.

Myśli są wolne – ta maksyma, choć niemieckiej proweniencji – jest dla nauki tak samo ważna jak dawne Tacytowe „sine ira et studio”, czyli bez nienawiści i entuzjastycznego zacietrzewienia. Tj. niezależnie od jakichkolwiek kontroli bądź ograniczeń – zewnętrznych czy wewnętrznych. Dlatego teologia nigdy nie będzie dla mnie nauką. Z filozofią to już całkiem inna sprawa.

Teoria heliocentryczna Kopernika została zawarta w jego dziele „De revolutionibus orbium coelestium”, ale dzieło to w 1616 r. zostało wciągnięte do papieskiego „Indeksu ksiąg zakazanych” (Index librorum prohibitorun) jako heretyckie. Zostało zeń zwolnione praktycznie dopiero w 1835 r. Watykańskie młyny – sławne od dawna z tego, że mielą do usranej śmierci, a nawet stulecie potem – potrzebowały przeszło trzech wieków, żeby uznać teorię Kopernika za prawdziwą. Wolna od nacisków religijno-ideologiczno-rządowych świecka nauka uznała jej słuszność znacznie wcześniej.
Na owym indeksie znalazła się też rozprawa czołowego polskiego politycznego myśliciela XVI w. Andrzeja Frycza Modrzewskiego „O naprawie Rzeczypospolitej” (De republica emendanda) – jeden z najznamienitszych wkładów polskiej nauki do europejskiej i światowej cywilizacji. A poza tym wyjątkowo imponująca galeria ludzi myśli i słowa całej nowożytnej Europy. W tym też Karol Darwin ze swoją teorią ewolucji. Oraz nasz wieszcz Mickiewicz. I wielu, wielu innych. Można by rzec, że papieski indeks był przez parę wieków swoistą nagrodą Nobla w wersji anty. Ale nic tak nie kręci jak zakazany owoc (patrz mit z Księgi Rodzaju Starego Testamentu). Tylko gdzie i jak liczyć zasługi?
„Indeks ksiąg zakazanych” sczezł ostatecznie oraz w niesławie w 1948 r. Ale wciąż na co dzień doświadczamy jego lokalnych reaktywacji – w Polsce, bo gdzieżby indziej. Łącznie z barbarzyńskimi wybrykami typu palenie książek: 1 (?!) kwietnia 2019 r. jakiś pleban w Gdańsku spalił przed swoim kościołem stygmaty we własnym pokracznym rozumieniu szatana, w tym „Harry’ego Pottera”. Jakby nie wiedział (a chyba nie wiedział, bo inteligencji nie wymaga się od przyszłych plebanów w seminariach), że palenie książek ma wyjątkowo fatalne konotacje w europejskiej nowożytnej historii – 10 maja 1933 r. w zhitleryzowanym Berlinie na placu Opery (dziś Bebelplatz) palono pisma nieprawomyślnych. A przecież w tych samych Niemczech w 1821 r. wielki niemiecki poeta, myśliciel i humanista, przyjaciel Polaków Heinrich Heine (Żyd! – tak go niemieccy redaktorzy i uczeni z nadania państwowego III Rzeszy, anonimizując jego autorstwo ogólnoniemiecko popularnej pieśni „Lorelei” – co nam to przypomina?), napisał: „Tam, gdzie się pali książki, będzie się w końcu palić ludzi”. Prorok czy co?

Przeciętny katolik mógł czekać wieki na rozstrzygnięcie ważnych spraw teologicznych, bo i tak gówno go one obchodziły. A wszelkich zboczeńców załatwiał po swojemu (patrz: wygnanie Jagny Borynowej z Lipiec u Reymonta; a to i tak wersja light w porównaniu z postępowaniem wobec nieheteronormatywnych – tych nawet literatura wokół siebie nie zauważała). Ale wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918-20 r. uzyskaliśmy też dostęp do sprawiedliwości świeckiej, wszak dziedziczki europejskiego humanizmu. Ale czy skutecznie? Zawłaszcza po 1989 r.? Pod zaborami, a i podczas okupacji niemieckiej, i w czasie PRLu kościół katolicki był rzecznikiem naszych narodowych i niepodległościowych ambicji i cała narodowa społeczność to jakoś uznawała. Bo jakie miała inne wyjście? Zapomniała programowo, że ten sam kościół w I Rzplitej nie tylko towarzyszył, ale wręcz legitymizował program zapaści państwa.

Kościołowi rzymskokatolickiemu w Polsce winniśmy wystawić rachunek całościowy – nie tylko za niezaprzeczalne zasługi podczas zaborów czy okupacji i PRL, ale także za współwinę (a właściwie główną winę) za upadek I Rzplitej. A poza tym czy rzymski katolicyzm był jedyną religią naszych przodków? Jak również współczesnych? I czy to rzymskokatolickie wyznanie ma decydować o narodowej polskiej samoidentyfikacji? Co mogą na ten temat powiedzieć polscy prawosławni, grekokatolicy, ewangelicy (nasz toruński, ale chyba nie tylko toruński, Linde; a cieszynianie (Małysz!) i Mazurzy, których tak łatwo i okrutnie się wyzbyliśmy), a wreszcie żydzi (bądź Żydzi). Nie ma chyba w cywilizowanej Europie kraju, który by był gotów do takiej narodowej ekskluzywności.

Tyle na koniec o etniczności. Wracam do obyczajowości. Wrogi, a wręcz nienawistny stosunek większości Polaków do społeczności LGBT ma źródła zarówno w prymitywnej etyce typu Starego Testamentu, jak i w nauce kościoła rzymskokatolickiego. Jeżeli do początku XX w. wystarczył autorytet barbarii dawniejszej Biblii, bo zresztą wystarczył nawet Anglii i Niemcom – i to po 60. lata XX w. – to później trzeba było dodatkowych argumentów teologicznych z Rzymu. Im bardziej Watykan angażował się w potępienie homoseksualizmu, tym bardziej odstawał od ewolucji obyczajowości. A na dodatek coraz bardziej podpadał podejrzeniom, że rzymskie obskuranctwo ma drugie dno. I to dno jest wyjątkowo denne. Podejrzenia owe zostały wsparte całą serią wiadomości o seksualnych paskudztwach katolickiego kleru, głównie wobec młodocianych. Przy czym pojawiły się pewne prawidłowości: 1) jeśli poza duchowieństwem rzymskim w/w występki wobec dziewcząt są w ogromnej większości, to w obrębie duchowieństwa rzymskiego ogromną większością ofiar są chłopcy, 2) pośród duchowieństwa nierzymskiego w/w występki są nieporównywalnie rzadsze. Jaki stąd morał? Patrz: Martel, Sodomia. Wg niego cała rzymska hierarchia, z papieską kurią na czele, jest przeżarta obłudą, bo im wyżej w drabinie godności, tudzież antyhomoseksualnej retoryki, tym więcej praktykujących homoseksualistów. Naturalnie incognito. Schizofrenia w stanie najczystszym. Choć raczej najbrudniejszym. Po resztę argumentów (tudzież polemiki z nimi) kieruję do w/w książki.

A tak już poważnie. Wykluczanie homoseksualistów ma obecnie dwie przyczyny. Zacznę od tej dla mnie mniej istotnej, czyli wewnątrzkatolickiej.
1) Skoro z tylu przez wieki utrzymywanych twierdzeń trzeba się było kościołowi wycofać, to czemu nie z potępiania w czambuł homoseksualistów? Odpowiedź: w XX w., wieku mediów: jak się już zabrnęło z przeróżnych powodów (patrz: wspomniana książka Martela) w ślepym uporze i zaprzeczeniu oczywistości w lansowaniu wyłączności pewnej teorii na przekór faktom, to trudno się z tego wycofać z otwartym czołem. Chyba wręcz nie można, boby się zaprzeczyło całej tak dotąd wyłącznie formułowanej doktrynie. 2) Świecka rzeczywistość w różnych krajach, mniej czy bardziej poddanych opresji kościołów (nie tylko rzymskokatolickiego), różnie, ale na ogół dość ciężko zdobywała się na niepodległość. We Francji trzeba było przeszło stu ciężkich i pełnych zwrotów lat, żeby państwo (a i społeczeństwo) oddzieliło się od ponad religijnych ambicji i pretensji tamtejszego kościoła (ustawa z r. 1905). Krajom skandynawskim wystarczyły tylko wywalczone gdzie indziej zmiany obyczajowe po I wojnie światowej, by się uwolnić od zatęchłej mieszczańsko-luterańskiej obyczajowości (patrz Ibsen, Strindberg i inni). W Hiszpanii i Portugalii przełomem był kres klerykalno-faszystowskich reżimów Franco i Salazara (r. 1970 i 1974). W Irlandii – do lat 80. wzorcowym przykładzie nowożytnego państwa teokratycznego – kaskadowa wręcz seria kościelnych skandali obyczajowych o wymiarze apokaliptycznym wystarczyła, żeby bez politycznych przewrotów społeczeństwo, tudzież państwo przeskoczyło do nowoczesności. Była to tam taka nierewolucyjna rewolucja. Chciałoby się takiej w Polsce.

Na razie oferuję parę argumentów do ewentualnej polemiki z archaiczno-kościelno-katolickim mordorem:
1) Ideologia LGBT nie jest żadnym problemem. Bo nie chodzi tu zresztą o ideologię. Z każdego bowiem faktu można wysnuć ideologię, a nawet religię. Może to być wręcz idiotyzm. Przykład wali się natychmiast – katastrofa tupolewa. Tu natomiast chodzi o konkretnych ludzi, ludzi nieheteronormatywnych. Skądinąd naszych bliźnich (termin z NT). Ci ludzie nie wybierali swojego losu. Każda wyjątkowość społeczna jest ciężarem dla owych wyjątkowych. W czasach mojego dzieciństwa brutalnie sekowano leworęcznych oraz ich próbowano resocjalizować. Skutki były złe i teraz się już tego nie robi. A może by tak wyciągnąć z tego morał również wobec ludzi LGBT?
2) Dokładnie to samo dotyczy tzw. ideologii gennder. Nie musimy wszak dzielić intelektualnych niedostatków – wrodzonych czy nabytych – ideologicznych przeciwników.
3) Jeżeli cel jest szczytny (choć nie wszyscy muszą być o tym przekonani; niestety ogólniejsza opinia o tym krystalizuje się zwykle później, a i tak nie zawsze i niepowszechnie), to ideologia też jest szczytna. Taką była ideologia np. północnoamerykańskich abolicjonistów, angielskich sufrażystek i wspierających ich mężczyzn czy – last but non least – polskich i nie tylko polskich – niepodległościowców. Tu dodam jeszcze współczesne feministki, ale zwłaszcza ludzi LGBT – oraz naturalnie ich sojuszników.
4) Jeżeli cel walki został w pełni osiągnięty, ideologia sama z siebie powinna zaniknąć. Chyba że do celu jeszcze co nieco brakuje. I tu jestem za. Ale jeśli zideologizowane państwo mitologizuje swój wsteczny cel przeciwko aktualnym politycznym antagonistom (typu: precz z komuną, tudzież: z układem) – tu jestem zdecydowanie przeciw.
5) We wpółczesnym i zlaicyzowanym świecie religia, choćby nie wiem jak związana z miejscową tradycją, może być tylko zwyczajowym tłem regulacji prawnych. W żadnym wypadku nawet ich pośrednim autorem. A jako hamulcowy kompromituje się totalnie.
6) Obyczajowość, tudzież związana z nią hierarchizacja społeczeństwa, zmienia się sama z siebie i nie może być wg konserwatywnych wartości kwestionowana na gruncie prawnym.
7) Gmin ma prawo (co prawda mocno byle jakie) kontestować postęp (chciałbym to słowo obiektywnie zdefiniować, ale nie czuję się na siłach – zresztą chyba nikt się nie czuje, niech nam wystarczy intuicja), ale rządzący muszą widzieć dalej, nawet na przekór gminowi. Jeśli idą z gminem, czy wręcz go podbechtowują, to zasługują na nową Norymbergę. Ten argument sam uznaję za naiwny idiotyzm (choć ze wszech miar uprawniony), więc proszę się nań nie powoływać.
8) Jeżeli jakaś religia bądź ideologia ma kontrowersyjne wobec reszty społeczeństwa wymogi, niech rozlicza z nich swoich wyznawców. Wara jej od reszty społeczności. Mogą się konserwatywni katolicy pieklić na np. LGBT, pozostaje to ich sprawą. Ale tylko ich. W końcu nikt im nie każe nawiązywać lub utrzymywać związków homoseksualnych, z małżeństwami włącznie. A o dobro dzieci powinni się oni zatroszczyć na froncie najbardziej jak dotąd dla dzieci zagrożonym, czyli w obrębie uświęconej rodziny czy jeszcze świętszej parafii. Gdyby jednak uznać roszczenia obecnego krk względem prawa, to czego się jeszcze można spodziewać – delegalizacji rozwodów? Całkowitego zakazu aborcji i seksu pozamałżeńskiego? Urzędowego nakazu przestrzegania postów, abstynencji i uczestnictwa w obrzędach religijnych? A na koniec cenzury? Ale to wszystko już było. Z bardzo nie najlepszym skutkiem.
9) A na koniec i reasumując – na jakiej ontologicznej podstawie miałaby przysługiwać religii (z definicji opartej na poza doświadczalnej wierze) taka nad wszystko wyjątkowa pozycja w społeczeństwie i jego politycznej emanacji – państwie i prawie? Wiara (w sensie teologicznym, ale pomijając już teologiczną nowomowę w stosownych leksykonach) to łaska. A tym samym nie powszechny obowiązek. Choć ów wniosek teologia by na pewno zakwestionowała. Ale łaska jako taka jest jednym dawana, a drugim nie. Nie moją – jako niewierzącego – rzeczą jest dochodzić sensu takiej osobliwej dystrybucji owego daru.

Co z tego wynika? Wydawać się mogłoby, że następne szlachetne banały. Ale ja pamiętam nie tylko SOLIDARNOŚĆ, która się wówczas tym samym wydawała, ale także – jak na lewaka przystało – słynny bon mot Daniela Cohn-Bendita (zainteresowanym polecam biogram gdziekolwiek): „Bądź realistą, żadaj niemożliwego”. Ja będę żadał. Bo:

1) Równouprawnienie ludzi LGBT to jedno z praw człowieka.
2) Owo równouprawnienie nie ujmuje ludziom heteronormatywnym ich praw.
3) Pakt partnerski należy wprowadzić natychmiast, bo to wprost wynika z 1).
4) Inne regulacje prawne – tj. małżeństwo, tudzież adopcję dzieci – należy rozważyć trochę później (ale nie za bardzo). Ale tylko kwestię dzieci.
Jeśli chodzi o adopcję dzieci, trzeba przede wszystkim brać pod uwagę ich dobro w otoczeniu obecnie mocno homofobicznym, ale również to, że owe dzieci mogły być owocem rodzica z poprzednich związków heteroseksualnych. A i to, że nawet dziś duża liczba dzieci jest wychowywana przez dwie kobiety, tj. mamę i babcię, z braku męża i ojca, bo ten – efekt zadawnionego patriarchalnego modelu rodziny – dał w długą. Zakładam jednakowoż, że ojciec może i powinien równo obowiązkowo z matką wychowywać dziecko (znam takie przykłady), a co za tym idzie – nawet bez partnerki, sam – bo matki też dają w długą. A tym samym również z innym, także równo płciowym partnerem. Nieznane są (przynajmniej u nas) badania na temat rodziców jednopłciowych i ich relacji z dziećmi. Jednak jak ze wszystkimi nowościami bywa, najpierw należy je życzliwie rozpoznawać. Aprioryczna wrogość dyskredytuje merytorycznie i moralnie zarówno autorów tej wrogości, jak i ich osądy.

To by było na tyle. Przynajmniej na razie.

Roman Spandowski

 

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info