kod kp 3

Publicystyka

DISCOPOLO A SPRAWA POLSKA

AUTOR: Roman Spandowski
discc

Był kiedyś taki dowcip, dawno temu, który Polakom miał pokrętnie tłumaczyć, że nasz kraj jest sercem, sumieniem i rozumem całego świata. O wszechświecie tam wówczas jeszcze nie pomyślano (oczekuję zatem od PiSu pomysłów). Został on ostatecznie sformułowany przez Mrożka. Pointa – już bez wstępów – była taka: słoń, a sprawa polska.


 

 

 

Wtedy jednak – a była to tylko popłuczyna po nieszczęsnym towiańsko-słowiańsko-mickiewiczowskim mesjanizmie – Mrożkowi i innym zdrowym prześmiewcom nadętego patriotyzmu chodziło tylko o odbrązowienie, odmitologizowanie polskiej, a pono też uniwersalnej chrześcijańsko-zbawicielskiej, historii i misji Polaków oraz ogólnie sprowadzenie tej problematyki pod- i pozaborowej Polski do racjonalnego grona europejskich, tudzież światowych krajów, gdzie mogą się sprawdzać aktualne teorie społeczne (wg powszechnie uznanych metodologii) i może wynikać z nich jakieś inne – już ogólnoeuropejskie i światowe wyzwanie.
Czyli po prostu o uzwyczajnienie.

Kiedy i dla nas zaczęła świtać nowoczesność (przełom XIX i XX w.), znaczna część polskiej inteligencji (anachronicznego erzacu światowej klasy średniej) poszła tą drogą. Stąd krakowski prowokacyjny, a wręcz wtedy bluźnierczy krakowski „Zielony balonik” z Boyem-Żeleńskim jako jego gwiazdą, a w wolnej już Polsce np. skamandryci – tu cytat ze sławnego wiersza Lechonia „Herostrates”: „A wiosną niechaj wiosnę – nie Polskę zobaczę”, zachęcam do całościowej lektury. Przynajmniej w pierwszej połowie międzywojennego 20-lecia w całej polskiej kulturze dało się zauważyć wręcz zachłyśnięcie się pozahistoryczną zwyczajnością na miarę innych narodów i kultur oraz bez kompleksowym beztrosko-optymistycznym poczuciem partnerstwa w tym towarzystwie. Zdał się odchodzić w odległą przeszłość balast XIX wieku z kulturą sprowadzoną do roli służebnicy historyczno-narodowej misji, a tym samym oderwaną od uniwersalizmu i najważniejszych problemów europejsko-światowej cywilizacji. A przecież w tym samym XIX w. oraz na początku XX Rosja, nie mniej zniewolona niż Polska, wydała wspaniałą literaturę z Tołstojem, Dostojewskim czy Czechowem, wspaniałą muzykę i sztukę. A my – przaśno-siermiężne czytanki i malunki, czyli komiksy na miarę średniowiecznej biblii pauperum – łopatologicznego wykładu podstawowych prawd wiary dla prostaczków – np. Sienkiewicza, czy wręcz Rodziewiczówny. Żeromski i Wyspiański byli tu ciałem zgoła obcym.

Czy kompleksy cywilizacyjne na zewnątrz i wewnątrz to nasze historyczne przekleństwo? Czy naprawdę jesteśmy lepsi bądź gorsi od innych? Czy prawdziwy naród to lud? I co to takiego jest ten naród i lud? Jeżeli nie są tożsame, to gdzie jest granica? I jak tę granicę należy traktować?

Gdzie indziej kultura wyższa i ludowa (później zwana popularną) istniały obok siebie, nawzajem się inspirowały, jeżeli nawet konkurowały, to z pożytkiem dla obu. Pieśni ludowe wykorzystywali w swych arcydziełach np. Mozart i Schubert, a do ludu docierały ich melodie i zlewały się w jedność w tegoż ludu tradycją. Dla Niemców klasyka literatury, muzyki i sztuki jest równie ważna co Heimatkultur. No tak, ale tam, zresztą i w innych krajach Zachodniej Europy, lud – chłopi i mieszczaństwo – byli od dawna liczącym się podmiotem ogólnonarodowej cywilizacji. A u nas? Chłopi byli praktycznie niewolnikami, a rachityczne mieszczaństwo albo nie posługiwało się polskim językiem, albo w ogóle się nie liczyło. To, że później w Niemczech ludowa tradycja uległa schamieniu, to już inna sprawa. Gawiedź zrównała tam skarby kultury dawnego ludu z ich późniejszą karykaturą. Ale to już temat dla socjologów kultury.

U nas kulturę ludową próbowano dość często, z różnym skutkiem nobilitować. W pełni się to udało tylko Chopinowi. Młodopolska chłopomania bywała już śmieszna nawet dla współczesnych (patrz „Wesele” Wyspiańskiego). Reymontowscy „Chłopi” wpisywali się w ówczesną, głownie skandynawską modę na wiejskie epopeje. Kraje skandynawskie były podówczas cywilizacyjnie tylko trochę wyższe niż Polska (a obecnie???). Teraz dzieła Bjornsona, Lagerlof czy Andersena Nexo są tam poczciwymi i rzadko czytanymi ramotami o odległej przeszłości. Tak samo zresztą jak dzieło Reymonta w Polsce. Mimo wszystko pamięć o wiejskich lub małomiasteczkowych korzeniach jest nadal w Skandynawii wysoko ceniona – w Norwegii nawet rodzina królewska na państwowych uroczystościach występuje w strojach ludowych. Dlaczego? Bo modernizacja tamtejszych społeczeństw była w porównaniu z Polską wzorcowo harmonijna, bez ideologicznych szaleństw, w duchu tradycyjnego dla nich egalitaryzmu.

Myśl o egalitaryzmie w polskiej tradycji jest totalnie niedorzeczna. To szlachta była u nas narodem, chłopi byli nieludźmi, mieszczanami – czyli łykami – gardzono. Choć te dwie ostatnie grupy stanowiły przeszło 80% całej społeczności, w kulturze polskiej nie miały szans zaistnieć. Więc jak się chłopom już nadarzyła okazja do emancypacji, z obrzydzeniem porzucali dawne przaśne wzorce na rzecz dworsko-miejskich, a od lat 70. – zachodnich. Czyniąc zresztą z nich karykatury. W PRLu próbowano – bo ideologia komunistyczna tego wymagała – dowartościować ludowość, oferując jej lukrowaną wersję w rodzaju „Mazowsza” czy Cepelii, ale to nie chwyciło. Cepelia uzyskała na parę dziesięcioleci pewną niszę ekologiczną, zresztą raczej wśród miastowej inteligencji, ale w sumie przegrała ona ze znacznie atrakcyjniejszą skandynawską Ikeą. Ikea w założeniu nawiązywała też do plebejskości, ale ta w tamtejszej tradycji nie była odsądzona od czci i wiary, a do nas dotarła z ubóstwionego Zachodu. Wiejski pejzaż wypełnił się najpierw klockami w stylu willi prowincjonalnego dentysty, po 1989 r. imitacjami dworków, a ostatnio domków podpatrzonych na amerykańskich filmach. Dodajmy jeszcze wersję hardkorową, czyli tzw. gargamelie oraz radosną w swym potwornym bezguściu nową architekturę sakralną. Tradycyjne wiejskie stroje wdziewają na siebie niekiedy górale, idąc ze swoich gargameliowatych domów do równie gargameliowatych kościołów Podrasowany za PRLu folklor muzyczny w wykonaniu „Mazowsza” znajdował bądź znajduje jeszcze amatorów tylko u pseudowykwintnych koneserów i mecenasów sztuki w rodzaju ks.ks. Jankowskiego czy Rydzyka. Autentyczny folklorem bawią się natomiast miejskie kapele o bardzo odległych wiejskich parantelach.

A lud polski, jądro i sedno PiSowskiego suwerena, nawet nie wie, że może być przedmiotem socjologiczno-etstetycznych analiz. Jego bezkompleksowa estetyka na co dzień i od święta jest pokraczną kompilacją najprymitywniejszych schematów, podsłuchanych i podpatrzonych w kolorowych gazetach, tudzież filmach – a serialach zwłaszcza. A już zupełnie najmniej w polskiej tradycji. Wśród najmłodszego pokolenia królują imiona Dżesika, Samanta, Nikol(a), Kewin, Brajan itp. (a najlepiej z oryginalną, choć nie nazbyt trafnie odczytaną pisownią). Na weselach oraz w remizach (namiastce dawnych karczem) gra się muzyczną sieczkę, której najbliżej do popularnego chłamu niemieckiego. Też niewiele mającego wspólności ze wspaniałą niemiecką tradycją. Rynsztokracja i jelita z PiSa rodem zdaje się dzielić te gusta. Odpowiedź na pytanie, czy robi to z ideologicznych, czy cynicznych pobudek wydaje mi się zupełnie nieistotna. Bo to wszak wszystko jedno. Oraz sprzężenie zwrotne.
Diskopolo i tradycyjny polski folklor oraz jego chopinowską uniwersalizację dzieli estetyczna przepaść. Łączy natomiast słoma w butach. Tyle że w dawnych czasach owa słoma była bolesnym stygmatem społecznej krzywdy i wykluczenia, teraz zaś stała się arogancką manifestacją chamstwa, pretendującego do funkcji jedynie autentycznej ekspresji polskiego narodu (bądź ludu, bądź suwerena). Romantyczny ideał sięgnął bruku. Albo jeszcze niżej. Inteligencja – bądź co bądź emanacja kultury szlacheckiej – stała się znów klasowym wrogiem. Marks powinien popaść w pozagrobową euforię, bo jego idee się wreszcie zaktualizowały. Dawniejsi panowie są obecnie wykształciuchami, oderwanymi od zdrowego trzonu narodu (vel ludu), zdemoralizowanymi lekarzami, nauczycielami czy sędziami. Nieboszczyk Szela przybrał postać Ziobry. Na razie jeszcze nie rżnie piłą (patrz znowu „Wesele” Wyspiańskiego). Ale strach się bać.

Staczamy się w barbarzyństwo. To na razie nie koniec upadku, ale niżej cywilizacyjnie w ostatnich czasach jeszcze nie upadliśmy. Najpotworniejszy problem jednak to to, że się dzieje to za przyzwoleniem bądź wręcz za aprobatą rodaków. A także z całkowitą obojętnością reszty. Jak w dowcipie – najstraszniejsze nie to, że się znaleźliśmy w dupie, ale że się z tym oswajamy. Lub już się oswoiliśmy.

Rządzi nami NSDAP – Narodowo-Socjalistyczna Alternatywa dla Demokratycznej Polski, zupełnie przypadkowo zwana PiSem. Jakkolwiek zresztą. Hitlerowska NSDAP zwyciężyła też według reguł demokratycznych, a potem był terror wewnętrzny oraz zewnętrzne ludobójstwo. Ale Niemcy miały wspaniały potencjał. Polska nie ma. Wojny Europie nie wypowiemy, bo takiego wicu nie wymyśliłby zresztą Monty Python. Nawet pure nonsens ma swoje granice. Harcerskie harce wobec dojrzałych polityków są z góry skazane na kompromitację. Która już trwa. Jednak dzięki Bogu (w którego nie wierzę) jesteśmy częścią Europy – nie tylko geograficznie, ale także cywilizacyjnie, przy czym rozumiem to nie tylko jako dziedzictwo chrześcijaństwa, ale też Oświecenia – to tam widzę ratunek dla naszego ciągle jeszcze rachitycznego europeizmu, bez którego wszak nie wyobrażam sobie życia. A jak sobie je wyobrażam – jeszcze raz w skrócie: chcę żyć wolny dopóty, dopóki moja wolność nie natrafi na granice cudzej wolności. To nie jest takie trudne. O ile się nie zdecyduję podporządkować jakiejś wrednej doktrynie, która zechce organizować życie wszystkich według autorytarnych reguł wymyślonych przez jakiegoś popaprańca, skądkolwiek by był rodem – czy z Braunau, czy z Żoliborza.

Na zakończenie: prowincjonalizm może być (a i bywa) wartością wzbogacającą kulturę ogólną. Dojrzałe kultury narodowe (tak, tak!) czerpią z rozmaitych źródeł. I prowincjonalizm (można go zwać też regionalizmem) jest jednym z nich. Gorzej, jeśli chce on dominować. Jeszcze gorzej, jeżeli znajdą się siły społeczne i polityczne, które zechcą go umieścić na prowincjonalno-regionalnym sztandarze w opozycji do ponadprowincjonalnej czy ponadregionalnej wartości nadrzędnej (przecież już realnie istniejącej i przynoszącej korzyści także regionom czy prowincjom). A już zupełnie fatalne jest, kiedy ten partykularyzm przybierze formy nacjonalizmu – tworu w historii cywilizacji Europy i nie tylko dość świeżego i z obrzydliwymi konotacjami. Ktoś powiedział, że w 1945 r. skończyła się ostatnia wojna domowa w Europie. Nic dodać, nic ująć. Przecież wszyscy wiemy, że poza ostatnią wojną światową wszystkie pozostałe tak naprawdę nie miały jednoznacznych winowajców. Winne byłe wszystkie strony władzy – ambicje dynastyczne (w feudalizmie), ekonomiczne czy tzw. narodowe (a kto się pytał o to tych, których pędzono na rzeź?), tylko nie tzw. narody (patrz zapomniany już wiersz Konopnickiej „A jak poszedł król na wojnę”).

Ciągle jeszcze mamy okazję ponownego i nowoczesnego określenia tzw. patriotyzmu (użyłem tego terminu, chociaż został mi totalnie zbrzydzony, zwłaszcza przez władzę PiSu). Nie jak dotąd w kategoriach militarnych – zresztą co się tyczy naszej ojczyzny (następny termin mi zbrzydzony) – nasze triumfy były co najmniej problematyczne i stały się wreszcie wartością samą w sobie. Czyli im większa klęska, tym większe moralne zwycięstwo. A na końcu tych piramidalnych głupot – 27:1 w głosowaniu przeciw Tuskowi w Brukseli. Tą drogą mamy iść? Nie dość już dotychczasowych porażek? Czy na polu bitwy, czy w politycznych kuluarach. Polityka wszak to sztuka osiągania sukcesów, możliwie bez wojen. A my z wojnami czy bez wojen ciągle tak samo. Żadnej nauczki? Polityka to także umiejętność zawierania i wykorzystywania sojuszy. Zgoda, w 1939 r. nie mieliśmy żadnych szans, ale to nie fatum. Teraz mamy – tak sądzę i chcę, żeby z tym, nie tylko moim, zdaniem się liczono.
A uważam, że Europa, nasz – terytorialnie i cywilizacyjnie – matecznik, jest nam o niebo bliższa niż dalekie, uwikłane w odległe od nas interesy, a ostatnio także zupełnie nieodpowiedzialne USA. Ameryka pod Trumpem zdradziła Kurdów, dotychczasowych sojuszników w walce z ISIS w Syrii. Jakiż by był to dla niej problem nie umierać za Tallin, Rygę, Wilno, a i Warszawę? A Europa tu na miejscu w kupie. W kupie zawsze łatwiej, zwłaszcza jeśli owa kupa jest w cichym konflikcie z innymi, pozaeuropejskimi graczami. Tylko trzeba tę kupę wspierać co sił, bo to wspólny całej kupy interes.

Tylko świat wartości owej kupy – na pozór ograniczony do doraźnych ekonomicznych zysków – jest jednakowoż znacznie szerszy. Wiedzą o tym europejskie narody, które ów aksjologiczny świat współkształtowały. Dla nich jest oczywiste, że należy przestrzegać ukształtowanego przez wieki porządku społecznego opartego na idei obywatelskiej wolności, demokracji parlamentarnej (wspólny wynalazek Brytanii i jej zbuntowanych amerykańskich kolonii), zasady trójpodziału władz (kłania się Francuz Monteskiusz), a przede wszystkim uzusu, że dotychczasowe określenie narodu jako suwerena państwa może się zmieniać w miarę historycznych zmian społecznych i obyczajowych. Brytanii wystarczyła nieskodyfikowana umowa społeczna, USA 27 poprawek do już 300-letniej konstytucji, której zmiana wydawałaby się Amerykanom herezją. A Kaczyński w Polsce chciałby naszą, dość świeżą i co nieco przegadaną konstytucję radykalnie zmienić na jeszcze bardziej przegadaną, którą i tak będzie można obchodzić. Bo na Zachodzie interpretacja praw podstawowych zależy od sądów, których statusu nikt nie odważy się podważyć – bo co to by była za herezja! – a w Polsce jeden sędzia ukradł wiertarkę, więc wszystkich sędziów na przemiał.

Degrengolada polskiego, jakżeż świeżego czy wręcz dziewiczego demokratyzmu odbywa się przy zdecydowanych, ale – co niestety też trzeba przyznać – społeczno-statystycznie skromnych protestach. Niemiecka republika weimarska też nie miała wielu obrońców. Jest chyba prawidłowością, że istota demokracji – czyli tzw. lud – to chorągiewka na dachu. Skąd silniej zawieje, to się obróci. Niezależnie od zagrożeń, choćby ze strony niebawem ogólnoświatowej katastrofy klimatycznej. Byleby teraz nie wiało. A sprawdzić się może uczciwie i rzetelnie dopiero po ogólnej katastrofie. Nikt niby tego nie chce, ale jest, jak jest.

Na razie żyjemy w rzeczywistości poniekąd Orwellowskiej. Otaczają nas atrapy demokratycznych instytucji. Nie jest jednak jak u Orwella groźnie i przerażająco. Jest żałośnie i groteskowo. I to za zgodą większości. To wszechogarniająca tandeta i kicz.

Piękna nasza Diskopolska cała.

Roman Spandowski

 

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info