kod kp 3

Publicystyka

Kilka gorzkich rozmyślań na okoliczność 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego i obozu zagłady Auschwitz-Birkenau

Autor: Roman Spandowski

auschwitz Uroczystości rocznicowe wyzwolenia największej ludzkiej rzeźni nowożytnej Europy zostały gorsząco rozbite między Izraelem, gdzie mieszkają teraz spadkobiercy głównych ofiar niemieckiego nazizmu, oraz polskim Oświęcimiem, gdzie owa rzeźnia miała miejsce. Ale to właśnie w Polsce mieszkała większość ówczesnych Żydów, a w Oświęcimiu ginęli również masowo Polacy.

 

 

Można było to wziąć pod uwagę i zorganizować obchody jako namiętne oskarżenie wszelkiego wykluczenia i prześladowania ludzi, kiedykolwiek i gdziekolwiek by były. Oczywiście z wyjątkowym potraktowaniem Zagłady Żydów, jako największej traumy ich samych, lecz także całej cywilizowanej, jak również chrześcijańskiej Europy. Stało się jednak inaczej, a stało się tak z powodu wstrętnej małostkowości i doraźności polityki państwowej obu żywotnie w tym zainteresowanych krajów, czyli Polski i Izraela. Jako Polak biję się przede wszystkim we własne polskie piersi i przyjmuję też na klatę grzechy mojego państwa, choć na jego obecną władzę nie głosowałem. Ale to w tym kontekście ma niewielkie znaczenie.

Moje przemyślenia nie mają pretensji do bycia całościowym kompendium tego potwornego zjawiska. Choć ktoś to powinien wreszcie kiedyś stworzyć. Na razie nikt nie stworzył. Ja się ograniczę do paru refleksji, które rodziły się zresztą przez dziesięciolecia mojego długiego życia.

Termin „ludobójstwo” (a. genocyd, ang. genocide) jest dziełem żydowsko-polsko-amerykańskiego prawnika Rafała Lemkina, który sformułował je sporo lat przed wojną, ale jeszcze w Polsce, gdzie już zresztą jako Żyd miał problemy w pracy. Rozwinął je po 1945 r. w USA, dokąd dotarł - prawo Lemkina. Było to jedno z pierwszych praw pretendujących do roli praw ponadpaństwowych – czyli np. takich, według których sądzono zbrodniarzy państw Osi po ich klęsce. Praw, których do dziś różne państwa przeszarżowujące granice ogólno przyjętej demokracji bardzo nie lubią. Liczne przykłady w najbliższym otoczeniu i ostatnim czasie. Poza formalnoprawnymi nieporozumieniami były jednakże również nieporozumienia merytoryczne. Co to oznacza? Jak określić jako takie przestępstwo w realiach całkowicie innych niż współcześnie europejskie, wynikających z innych – ale tam tradycyjnych – systemów wartości? To tak jakby oskarżać XVI-wiecznych Hiszpanów za zniszczenie cywilizacji Azteków, a jednocześnie samych Azteków za masowe sakralne morderstwa swoich poddanych, ale nie tylko ich samych. To jest przykład diachroniczny, ale i synchronicznie mogą się zdarzać takie wypadki, spełniające wszystkie warunki logicznego błędnego koła. Ale w globalizującym się świecie coś takiego trzeba było w końcu przedsięwziąć – z pełną świadomością ryzyka tego przedsięwzięcia.

Pierwsza refleksja:

Teoria nierówności ras, kultur, narodów, religii jest stara jak świat. Uniwersalistyczne Cesarstwo Rzymskie (czyli ojczyzna naszej kultury) jakoś sobie z tym poradziło w duchu synkretyzmu religijnego. Tzn. każdy mieszkaniec tego państwa (a od cesarza Karakalli obywatel) niezależnie od pochodzenia był tak samo traktowany, byleby szanował kult rzymskiego panteonu (bez względu na imię któregokolwiek boga) oraz boski kult cesarzy. Temu się sprzeciwili radykalnie monoteistyczni żydzi. Co zresztą kosztowało ich bardzo wiele – zniszczenie ich świętego miasta, czyli Jerozolimy, oraz jerozolimskiej świątyni, wypędzenie reszty Żydów z ojczyzny i konieczność całkowitej zmiany liturgii – ze świątynnej na synagogalną.. Odtąd cały naród izraelski rozprzestrzenił się po świecie jako tzw. diaspora (czyli rozproszenie). Jak w takich warunkach przetrwał, to już całkiem inna historia – za Kiplingiem już w innych okolicznościach.

Druga refleksja:

Chrześcijaństwo od edyktu mediolańskiego cesarza Konstantyna (313 r. ne.), który równouprawnił chrześcijaństwo pośród innych wyznań rzymskiego państwa, a zwłaszcza od czasów cesarza Teodozjusza, który zdelegalizował wszystkie poza chrześcijaństwem religie, stało się ono wreszcie religią panującą – ze wszystkimi konsekwencjami, całkowicie zresztą sprzecznymi z Nowym Testamentem. Religia przestała być kwestią wyboru pojedynczego człowieka, stała się zaś wymogiem państwowym, wręcz jedyną obowiązującą deklaracją lojalności wobec państwa. Głównym wrogiem zostały nie rozmaite nowe wierzenia pogańskie – jako przeciwnicy niepoważne – ale coraz częściej się pojawiające inne redakcje doktrynalne Nowego Testamentu, dotąd intelektualnie według ciągle ważnych myślowo koncepcji, zwłaszcza Platona czy Arystotelesa, istotne. Ale nade wszystko nieprzyjaźni byli żydzi. Jeżeli apostoł Piotr chciał w Nowym Testamencie reformować Stary Testament w tradycyjnym żydowskim duchu, to już Paweł z Tarsu pragnął chrześcijaństwa jako religii uniwersalnej („Nie ma Greka ani Żyda…” – reszta tego cytatu z listu do Galatów 3/28 nadaje się już do innej interpretacji). Ewangelie i cały Nowy Testament został ostatecznie zredagowany ponad 30 lat po śmierci Chrystusa, w zupełnie zmienionej już rzeczywistości społecznej nowej religii. W nowym zrozumieniu Chrystus nie został umęczony przez rzymskich administratorów Judei, lecz starotestamentowych żydów, czyli po prostu Żydów. W ewangelii Mateusza (27/25), pono Jezusowego apostoła, padają słowa: „Krew nasza i na syny nasze” , a zaledwie jeden wiersz wcześniej (27/24) usprawiedliwienie Piłata, prokuratora rzymskiego i faktycznego wykonawcy wyroku: „Nie jestem winien krwi tego sprawiedliwego”. W ciągu około trzydziestu lat dokonała się rewizja odpowiedzialności za męczeństwo Jezusa (bądź co bądź żyda) Chrystusa – z rzymskiego okupanta, który wkrótce się miał stać areną rozkwitu nowej religii, na starą i prowincjonalną religię. Przy czym zawłaszczono tejże etnicznej religii całą jej świętą księgę (czyli po naszemu Stary Testament). Odtąd to właśnie żydzi będą podstawowym wrogiem chrześcijaństwa. Żydzi, czyli „perfidi Iudaei” – wiarołomni żydzi (ze chrześcijańskiej modlitwy powszechnej z liturgii świętopiątkowej z VII w. „Oremus et pro perfidis Iudaeis”, czyli „Módlmy się też za wiarołomnych żydów”, usuniętej z rzeczonej liturgii dopiero przez papieża Jan XXIII w 1959 r. jako w istocie swej antysemickiej). Przez prawie dwa tysiąclecia chrześcijaństwa pokutował w nim przesąd bogobójstwa, czyli odpowiedzialności żydów za śmierć Chrystusa i odrzucenie jego posłannictwa. Zaowocował tzw. antyjudaizmem, który się stał podstawą XIX- i XX-wiecznego rasistowskiego antysemityzmu. Zgoda, w ostatniej, hitlerowskiej odsłonie już pogańskiego. Ale bez tak długiej przeszłości tego koszmarnego paroksyzmu zbrodniczej ideologii XX wieku nie da się zrozumieć. Teza o bogobójstwie żydów została odrzucona przez kościół rzymskokatolicki dopiero w 1965 r. w deklaracji Nostra aetate II soboru watykańskiego. Ale u pospólstwa i prowincjonalnych hierarchii (w tym polskiej) ma się ona wciąż bardzo dobrze i żaden autorytet kościelny nie ma tu do owej tłuszczy, zwanego świętokradczo ludem chrześcijańskim, pretensji. Antysemityzm w obecnej Polsce nadal funkcjonuje znakomicie i nic mu nie przeszkadza praktyczny brak w naszym kraju Żydów. Bo albo zostali wymordowani przez Niemców, albo wyjechali lub zostali wygnani z Polski przez Polaków w kilku powojennych falach.

Czy antysemityzm w naszym kraju mógłby znów przybrać najgorsze rozmiary? Mógłby. Polityka PiSowskigo państwa temu sprzyja. Takoż postawa polskiego kościoła rzymskokatolickiego.

Trzecia refleksja:

Prześladowania i ludobójstwo wobec jakiejś mniejszości narodowej czy religijnej w – ograniczmy się na razie do XX-wiecznej Europy z najbliższymi okolicami – zdarzały się również nie tylko względem Żydów. Podczas I wojny światowej Turcy eksterminowali Ormian i syryjskich chrześcijan (zwanych Asyryjczykami), wkrótce potem również anatolijskich Greków, osiadłych tam od paru tysiącleci. Podczas II wojny Niemcy postępowali tak wobec Słowian, w tym przede wszystkim Polaków. Po zakończeniu tej wojny odpłacono się tym samym przegranym Niemcom, ale ich los – wypędzanych z ziem na wschód od Odry i Nysy, gdzie funkcjonowali od stuleci – był nie mniej okrutny. Sowieci w czasie wojny i po wojnie deportowali na Syberię i do Kazachstanu Polaków, Litwinów, Łotyszy, Estończyków, krymskich Tatarów i Czeczenów. Po zakończeniu wojny przesiedlono Polaków zza Buga, Finów z Przesmyku Karelskiego oraz naszych Łemków z Bieszczad na ziemie zachodnie. Podczas wojny domowej w byłej Jugosławii padali ofiarami Albańczycy z Kosowa, Chorwaci ze Slawonii, Serbowie z chorwackiej Krainy, a nade wszystko muzułmańscy Bośniacy z obu zwaśnionych chrześcijańskich stron. Sami też nie byli bez winy. Historia określi (zresztą już jakoś określiła) skalę win wszystkich zaangażowanych w tym okrutnym konflikcie narodowości i religii. Ale jaka z tego wyniknie nauka za przyszłość? I to wszystko po jatce II wojny światowej i wcześniejszych tam bojach i rzeziach.

Czwarta refleksja:

Nie tylko narodowości i religie, jak to dotąd bywało, były ofiarami zbiorowych prześladowań Owszem, religie od dawna, narodowości od niedawna (bo jako takie zaistniały dopiero na początku XIX w). Ale w ciągu XIX w. również rasy, zwłaszcza czarna. W Europie, kolonializującej wszystko, co się dało, czarnoskórzy uchodzili za podludzi, rasa żółta była natomiast obiektem wzgardliwego lekceważenia. Nic mi nie wiadomo, żeby się jakoś którykolwiek kościół chrześcijański zaangażował w ich obronę. Całe misjonarstwo chrześcijańskie było od początku splamione grzechem paternalizmu. W Europie jako takiej nie było już co prawda formalnego niewolnictwa, ale w wywodzących się bezpośrednio z kultury Zachodniej Europy Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej haniebne niewolnictwo przetrwało aż do wojny secesyjnej. Owszem, wśród białych mieszkańców Północy byli czynni tzw. abolicjoniści, dość nieliczni, o których pamięć ratuje USA przed powszechną niesławą, ale to nie oni doprowadzili bezpośrednio do zniesienia niewolnictwa Murzynów. Zadecydowały o tym względy polityczne i ekonomiczne (zaciekawionych odsyłam do historii USA). A i tak trzeba było jeszcze całego następnego stulecia, żeby skończyć z pochodną w/w hańby, a niemniej haniebną segregacją rasową. Podobnie było już w XX w. w Południowej Afryce. W XX w. zaś dotychczasowy religijny antyjudaizm stał się czysto rasistowskim antysemityzmem. Czysto? Pióro samo się buntuje, pisząc to słowo. Czy rasizm już jest w Europie zupełnie passe? Słuchając i czytając wyczyny słowne w ostatnich latach PiSowskich antymędrców, wiem, że nie. Faktyczni i potencjalni imigranci przenoszą do nas wg nich zarazki (jak wg nazistów Żydzi), są wylęgarnią przestępstw (jak wyżej) i w ogóle są destabilizatorami porządku społecznego i bezpieczeństwa białych Europejczyków (pardon, Polaków). Nawet jeżeli są wyznania chrześcijańskiego.

Słuchając ich, zaczynam rozumieć okupacyjnych szmalcowników.

Piąta refleksja:

Kobiety. Żadna mniejszość. Przynajmniej nie statystyczna. Ale w postneolitycznej świadomości patriarchalnych społeczeństw sprowadzona do roli co najwyżej kapłanki domowego ogniska jako żona i matka (wyłącznie w legalnym małżeństwie). Niekiedy wielbiona, ale nigdy niedoceniona i zawsze krańcowo lekceważona jako niemająca żadnych praw poza przydzielony jej przez męski establishment szczątek człowieczeństwa. Kiedy w północnej Ameryce kilku szlachetnych białych abolicjonistów walczyło o prawa murzyńskich niewolników, białe kobiety w białym świecie (o czarnych nawet nie było co myśleć) wojowały o co? O to, co uchodzi dzisiaj za minimum demokracji. O prawo do głosu w wyborach parlamentarnych. Spotykały się z ostracyzmem społecznym, w tym także innych kobiet, również religijnym, bo wszak zamachnęły się też na prawa boskie. Co nam to przypomina? A wystarczyła I wojna światowa, kiedy mężczyzn walczących na frontach kobiety zastąpiły (bo musiały) w męskich dotąd zakładach pracy. W tym również w fabrykach. Dotychczasowy płciowo hierarchiczny porządek społeczny legł w gruzach. Prawa boskie też. A może zbyt lekko powołuje się na tzw. prawa boskie? Moje pytanie jest rzeczowe i nieobciążone religią, chociaż sam jestem niewierzący i tym samym jest mi łatwiej.

Szósta refleksja:

Dodajmy tu jeszcze parę grup społeczno-zawodowych okazjonalnie wybieralnych przez autorytarnie rządzących – albo jako frontalnych przeciwników, albo jako kozłów ofiarnych: mieszczan (czyli burżujów), rzemieślników (czyli burżujskich pachołków), rolników indywidualnych (czyli kułaków), inteligentów (oczywiście sprostytuowanych), literatów i artystów (na usługach wiadomych niecnych sił), a ostatnio prawników, a zwłaszcza sędziów. Okazjonalnie także kelnerów.

I siódma refleksja, już ostatnia:

Do sporego już grona wykluczanych, pogardzanych czy wręcz eksterminowanych (a wg językowego lapsusu paru bęcwałów z PiSu – eliminowalnych) mniejszości doszli w XX w. jeszcze ludzie nieheteroseksualni, zgodnie z definicją ponadpłciowi. Istnieli od zawsze, ale również od zawsze kwestionowani w swej istocie cierpieli beznadziejnie z opresji wszystkich narodowości, religii i ras – jako najmniej zauważana ze społecznych mniejszości, a już na pewno nieciesząca się niczyją empatią. Na Zachodzie, który w ostatnich dziesięcioleciach przeszedł przyspieszony kurs praw człowieka, ich prawa zostały dołączone do już wcześniej sformułowanego kanonu tychże praw. Niestety Polska do tego cywilizowanego grona jakoś nie chce należeć. Przez słowo „Polska” rozumiem zarówno obecną władzę tzw. dobrej zmiany, jak i znaczną część społeczeństwa i niemal cały (czy naprawdę niemal?) kościół rzymskokatolicki, który się mieni i który mienią jako tożsamy z polskim narodem. W tym towarzystwie nie widzę dla siebie miejsca, choć pozostaję Polakiem, bo „takie są moje obyczaje” (za Przełęckim, bohaterem sztuki Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”). Oraz przypominam, że w hitlerowskich lagrach wśród trzech kolorowych trójkącików specjalnie stygmatyzujących więźniów był różowy – dla homoseksualistów.

W milenijnym roku 2000 Jan Paweł przepraszał za wiele win kościoła rzymskokatolickiego – tyleż uroczyście, co mało wystarczająco oraz niezobowiązująco bynajmniej kościołów lokalnych (w tym polskiego) do szczegółowego rachunku sumienia. Nie zająknął się nawet w kwestii pradawnej pedofilii wśród duchowieństwa, która stała się znana dopiero grubo później dzięki pozakościelnym aktywistom (choć kościołowi powinna być dawno już znana), a której skala poraziła wszystkich. Może z wyjątkiem polskiego episkopatu. Ani wtedy, ani później, zresztą do dzisiaj krk nie wypowiedział żadnego ludzkiego słowa wobec ludzi LGBT. Rzekłbym – wprost przeciwnie. Jędraszewski mi świadkiem. Szkoda każde słowo.

Na zakończenie fragment mowy z rocznicowych obchodów w Oświęcimiu Mariana Turskiego, 95-letniego Ocalonego, cytowanej już zresztą w wielu gazetach, choć na pewno nie w tych PiSowskich: „… zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie […] zaczynają przywykać do myśli i do idei, że […] mniejszość […] jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, […] którzy roznoszą zarazki, epidemie. […] To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić”. Oraz sławny już wiersz niemieckiego pastora Martina Niemoellera: „Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem. Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą. Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą. Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem. Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było”. Wiersz pochodzi z 1942 r., a został napisany w obozie w KL Dachau.

Roman Spandowski

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info