kod kp 3

Publicystyka

Historyczne i politologiczne idee fixe.

Autor: Roman Spandowski

ludziki flaga

Wiem, że piszę teksty dość hermetyczne. Czyli niezbyt zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika (błagam o to, by nie uważać mnie za zarozumialca i snoba). Tym razem pozwolę sobie na jeszcze bardziej wyjątkowe szaleństwo i pohulam po stepach historii, ale też filozofii – możliwie zresztą oszczędnie.

Od razu powiem, że rzecz będzie dotyczyła mojej historycznej i politologicznej idee fixe, czyli narodu. Czy coś takiego istnieje w realu, a jeśli tak, to w jakim kształcie?

 

 

 

W średniowieczu – od razu dodam – chrześcijańskim – istniał spór filozoficzny o tzw. uniwersalia. Był on niejako pochodną między dwiema filozofiami antycznymi, którymi się chcieli podeprzeć intelektualnie raczkujący dopiero wtedy na gruncie nauki chrześcijańscy myśliciele. Chodzi oczywiście o platonizm i arystotelizm. Sprowadzał się on do tego (może się Wam to wyda wręcz idiotyczne), np. czy istnieje tylko konkretny stół, choć ten stół u mnie czy gdzie indziej faktycznie istnieje, ale tu i tam mogą się bardzo różnić. Oraz czy istnieje jednak jakiś stół w ogóle. W odniesieniu do stołu  może się to zdać wręcz infantylne. Ale jak mamy orzekać o istnieniu (bądź nie) narodów, gdzie w rachubę wchodzi nie tylko kształt i funkcja, ale również skomplikowana historia? A przecież ideolodzy hulają z tym terminem po dziejach, nic nie zważając na jakiekolwiek realia po drodze. A w naszym konkretnie polskim przypadku idealiści z nie-Bożej łaski terroryzują nas, realistów, i oplugawiają najobrzydliwszym błotem. Przekonałem się wielekroć na PIKODach i innych społecznych konfrontacjach, że o żadnej dyskusji z nimi twarzą w twarz nie może tu być mowy, tak jak niemożliwy był dyskurs między ekstremizmami i rachitycznym mainstreamem w Europie na początku lat trzydziestych XX w. Jedną mamy jednak ewidentną przewagę wobec tamtej epoki – centrum (wobec ciągle jeszcze pamiętanej sromotnej klęski ektremizmów) jest wciąż jurne i atrakcyjne dla znaczącej większości społeczeństw i choć nie jest to zadekretowane na wieki wieków, można z nim wiązać nadzieje. Wiem – inaczej to wygląda w dojrzałych społecznościach Zachodu, gdzie skłonność do ryzykownych eksperymentów politycznych jest mała, niż na nieprzewidywalnym wschodzie naszego kontynentu. A już tym bardziej w tzw. Trzecim Świecie (a propos – kiedy wreszcie przestaniemy używać tego obraźliwego sformułowania?) Ale ciągle chcę wierzyć, że rola uczniów w szkole zachowań politycznych, tak samo zresztą jak w każdej innej, nie upokarza, ale daje szansę. Uczyliśmy się Europy zresztą parokroć – najpierw po przymusowej chrystianizacji, potem po już dobrowolnej recepcji włoskiego (i ogólnozachodniego) renesansu, aż wreszcie w rozpaczliwej, a w sumie nieudanej próbie modernizacji i racjonalizacji Rzeczypospolitej u schyłku jej istnienia. Niedawno święciliśmy równie wspaniałą, jak i bolesną rocznicę najpiękniejszego testamentu I Rzeczypospolitej – Konstytucji 3 Maja.

Ta druga co do wieku ustawa zasadnicza świata, podobnie jak Jastrzębowskiego Konstytucja Cywilizowanych Narodów Europy z 1831 r., nigdy się nie doczekała realizacji. Bo ówczesna polska społeczność polityczna (czytaj: szlachta, mieniąca się wyłącznymi Polakami) wolała swój orientalny anachronizm niż nowoczesność zachodniej Europy, gdzie już od dawna decydowały się losy naszej cywilizacji. Moglibyśmy wtedy choć próbować się do tego nurtu dołączyć. Coś by nam na pewno jakoś skapło. Woleliśmy jednak rzekomo honorowo, ale raczej histerycznie utkwić w Okopach Św. Trójcy, gdzie następcy tamtych nas ciągle tkwią.

Wówczas doprowadziło to nasz kraj do mało zresztą heroicznego pogrzebu, którego głównym politycznym sprawcą była reduta staropolskiej tradycji i – we własnym mniemaniu –  bohaterska obrończyni katolickiej istoty polskości i wiary. Wtedy zwano to również „wolnością”, choć jeszcze słowo „tolerancja” nie przeszłoby nikomu z tamtego obozu przez usta.

Teraz Kaczyńskiemu jakoś przeszło. Nie wiem jak. Czy on w ogóle wie, co to jest dysonans poznawczy? Jego akolici czy poputczycy (a po naszemu -  trzoda współchlewna) używa haseł na miarę możliwości intelektualnych swoich bądź spodziewanego elektoratu. Czyli spontaniczne i entuzjastyczne równanie w dół.

Przegrana wojna w obronie Konstytucji 3 Maja, a potem też klęska powstania kościuszkowskiego wepchnęła nas w mordercze objęcia rosyjskiej carycy. Ale wszak niecała ówczesna polska elita społeczno-polityczna odczuła to jako bolesną hańbę. Targowiczanie nie. Katarzyna zapewniła im komfort materialny i prestiżowy.

Katarzyna się nazywa teraz Putin. Ale ten samozwańczy orientalny i narcystyczny macho-alfa ma znacznie mniej możliwości militarnych niż jego poprzedniczka. Innych też, włączając tu efektywny seksapil.  Co tu gadać – Katarzyna była od Putina (ale mi się rymło!) o niebo inteligentniejsza i skuteczniejsza.    

Putin na pewno nie ma zniewalającej atrakcyjności cielesnej (pono) Katarzyny, choć tak jak ona posługuje się biegle językiem niemieckim.

Zniewieściałą część zachodniej Europy Rosja fascynowała już od dawna, niezależnie od aktualnego ustroju czy płci jej pomazańca. Bo ona taka wielka! I wszystko pewnie ma takie wielkie, a na dodatek owiane rozkoszną tajemnicą – jak to nieodgadniony do końca Orient, czyli Wschód! W tym biust (pod dekoltem) lub przyrodzenie (w rozporku). Każdemu według gustu.

Tylko co w tym gronie półseksualnych wielbicieli Rosji robi nasza infantylna tzw. prawica? Niech nas nie zmyli jej antyrosyjska retoryka. Nienawidzę i kocham? Odi et amo ze sławnego wiersza Katullusa? Czy  savoir-vivre dawnych panien, że najpierw trzeba trzy razy odmówić, a dopiero potem się oddać, pogrążając się w z dawna wymarzonej namiętności? Targowiczanie nie bawili się w takie subtelne pierdoły. Dali po prostu dupy niemal natychmiast. Czyżby jednak elegancka kultura Zachodu poczyniła u nas jakieś postępy? Tylko dlaczego wyłącznie co do formy? Naprawdę od zachodniej Europy było się uczyć rzeczy zdecydowanie ważniejszych. Polityka bywała – owszem – rozgrywana w alkowach, w osmańskiej Turcji (następny idealny wzorzec Kaczyńskiego) właściwie wyłącznie, ale to nie jest mój wzorzec.

Targowiczanami nazywają nas do znudzenia dobrozmiennicy, jak gdyby Unia, czyli wiele europejskich państw (w tym Polski) w czymkolwiek przypominała absolutystyczną Rosję. A może spróbujmy interpretacji w drugą stronę. Rosja się akurat niewiele zmieniła. Nadal chce podporządkować sobie środkową Europę, w tym oczywiście też, a nawet przede wszystkim Polskę. Tak jak pod koniec XVIII w. sami nie mamy szans. Ale inaczej niż wtedy na zachodzie kontynentu nie ma już rzucających się do wzajemnych gardeł  skonfliktowanych mocarstw. I żeby ten stan utrzymać – zresztą za wszelką cenę – to chyba nasz żywotny interes. Bo jak nie, to co nam pomoże, gdyby ta czy inna nowa Katarzyna chciała nas znów objąć miłosierną słowiańską opieką?  

I wreszcie sedno wywodu: prawica – targowica. Znowu mi się rymnęło – chyba mam rymarski talent. Ale nie będę się z nim reklamował. Zapewne kolega Rysiek Musielak zarzuci mi nadużycie terminologiczno-pojęciowe. Bo wszak europejska prawica to nie tylko nasz polski przaśno-siermiężny zaścianek. Tak się jednakże złożyło, że ja (kolega Rysiek też) żyję w owym zaścianku. I mam tego dość. Ale ciągle mam jeszcze cierpliwość.

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216
Dyżur Zarządu w  czwartki od 17.00 do 19.00

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info