kod kp 3

Publicystyka

Rok 1989 trzydzieści lat później

Portret

 

Rok 1989 trzydzieści lat później

Po wprowadzeniu stanu wojennego Solidarność została jeśli nie w pełni rozbita, to przynajmniej zepchnięta  do podziemia. Oczywiście mogła pocieszać się rymowanką „Zima wasza, wiosna nasza”. Mogła też, w zasadzie tylko gołosłownie, wołać „Nie ma wolności bez Solidarności”.

 

Nieoficjalna partyjna odpowiedź brzmiała: „Pała nasza, dupa wasza”. Trwała swoista wojna pozycyjna: jedni zwycięscy, drudzy (jałowo?) pocieszający się swą moralną wyższością. Z czasem jednak PZPR coraz pełniej zaczynała rozumieć, że co prawda bagnetem mogła rządzić, ale nie może na nim usiedzieć: reformowanie socjalistycznej gospodarki pozostawało działaniami jałowymi…  

Dla obydwu stron fundamentalnego konfliktu – Solidarności oraz PZPR – podejmowanie decyzji o rozmowach było bardzo trudne i doprawdy dramatyczne. „Twardogłowi”, zwani też partyjnym „betonem”, mogliby powtarzać za Władysławem Gomułką jeszcze z 1945 r.:  „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Z kolei Bronisławowi Komorowskiemu zdawałoby się niepodobna przypisywać jakiegokolwiek ekstremizmu, a jednak nawet on (o którym „jastrząb” powiedzieć trudno czy nawet niepodobna [raczej „safanduła” – zważywszy styl, w jakim przegrał wybory prezydenckie w 2015 r.]) pozostał nieufny i zdystansowany:

[…] do 1989 roku obracałem się w kręgach radykalnej opozycji, zdecydowanie odrzucającej wszelkie rozwiązania kompromisowe, w tym także kompromis „okrągłego stołu”. Na znak protestu przeciwko kompromisowi z komunistami z pominięciem [przez Solidarność] środowisk niepodległościowych nie uczestniczyłem w wyborach 4 czerwca 1989 roku. Dzisiaj się tego wstydzę jako przejawu zacietrzewienia. Ale tak było, byłem radykałem nie akceptującym ewolucyjnej drogi przemiany Polski (Prawą stroną. Życie, polityka, anegdota. Z Bronisławem Komorowskim rozmawiała Maria Wągrowska, Warszawa 2005, s. 76).

Obydwie strony musiały nie tyle pokonać, ile przezwyciężyć wewnętrzne opozycje... 

Magdalenka. Podczas protokołowanych rozmów jednym z kilkunastu przedstawicieli Solidarności był Lech Kaczyński. Również on uczestniczyłby w zmowie elit? Nadto w magdalenkowych rozmowach była obecna strona kościelna – w osobach trzech z pewnością nieprzypadkowych księży: Alojzego Orszulika (kawalera Orderu Orła Białego), Bronisława Dąbrowskiego (sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski), Tadeusza Gocłowskiego (biskupa gdańskiego). Ci wysocy przedstawiciele Kościoła zapewniali to, co współcześnie jest określane jako transparentność.    

Okrągły stół – jego kształt pozwalał komunistom zamaskować bądź chociaż przysłonić to, że w istocie rozmawiały tylko dwie główne siły: Solidarność i PZPR. Kiedy po czterech tygodniach spotkań rozmowy utknęły w martwym punkcie, ponowiono rozmowy w Magdalence i tamże dogadywano wciąż jeszcze nieprzezwyciężone kwestie sporne.

Następnie wybory czwartego czerwca 1989 r. Dla obydwu stron bardzo trudne. Partia musiała połknąć żabę: nie tak dawno zdelegalizowała Solidarność, a ta znów stała się legalną siłą polityczną. Z kolei stronie mieniącej się społeczną przyszło swe poparcie zweryfikować wynikami wyborów. „Kontraktowa” walka o poselskie mandaty de facto  została ograniczona do 35% – najwyżej tyle znajdowało się w zasięgu Solidarności. Z tym faktem niepodobna dyskutować. Ogólny wynik wyborów 4.6.1989 zaskoczył obie strony doprawdy nieoczekiwanym tryumfem Panny S i jednoznacznym odwróceniem się suwerena od partii dotąd mieniącej się „przewodnią siłą narodu”. Dawniej coś tylko iluzorycznego nagle stawało się politycznie dorzeczne: „Wasz prezydent, nasz premier” (Adam Michnik dn. 3.7.1989). W następstwie czerwcowych wyborów Polska stała się pierwszym państwem wśród demoludów (tzw. państw demokracji ludowej), w którym opozycja demokratyczna zdobywała coraz szerszą władzę. Należy pamiętać: w czasie przeprowadzania przez „kontraktowy” sejm ustaw związanych ze zmianą ustroju partyjni „oni” zazwyczaj sprzyjali solidarnościowym „naszym”.      

Tamta sekwencja wydarzeń (czerwcowe wybory, z pewnością kompromisowy rząd Tadeusza Mazowieckiego z generałami Wojciechem Jaruzelskim i Czesławem Kiszczakiem, koniec PRL i powstanie III Rzeczpospolitej) z czasem stawała się przedmiotem już wręcz fundamentalnie spornych narracji. Z jednej strony duma, z drugiej krytyka oraz jeśli nie zawód, to przynajmniej swoisty niedosyt. Duma mogłaby przypomnieć pierwsze słowa jedenastej księgi Pana Tadusza: „O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju!”. Tamten 1812 rok prędko był ujawnił iluzoryczność niepodległościowych nadziei Polaków: nawet Napoleon został pokonany przez zaborców. Przeciwnie 1989 rok z jego bezkrwawym zwycięstwem solidarnościowej rewolucji – wystarczała pamięć ówcześnie przecież nie tak dawno zabitych i rannych ofiar Grudnia 1970 i Grudnia roku stanu wojennego, aby wyrzec się przemocy.   

Problem nie polega bynajmniej na tym, że uwarunkowane kompromisowym porozumieniem z komunistami wyborcze zwycięstwo Solidarności było mniej spektakularne niż zburzenie muru berlińskiego czy w Rumunii rozstrzelanie Nicolae Ceausescu i jego żony (rewolucyjne znaczy barbarzyńskie?). Otóż przynajmniej poważna część elektoratu PiS pomniejsza czy nawet przekreśla sukces tych wszystkich ludzi, którzy przed trzydziestu laty rozumnie i efektywnie chcieli – niczym w piosence wykonywanej przez Jana Pietrzaka – „aby Polska była Polską”. Wyjście z Układu Warszawskiego i Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, wyprowadzenie wojsk radzieckich z kraju, przystąpienie do Rady Europy, Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej – to zasadnicze punkty już pojałtańskiego statusu Polski. Wraz z przełomem 1989 r. stawały się polityczną realnością, a przecież w latach trwania PRL-u były marzenia ściętych głów bądź fantastów –.

Lech Wałęsa to „Bolek”? Nawet jeśli faktycznie nim był, to przecież bezpiece urwał się ze smyczy i przewodził zwycięstwu Solidarności. Jak można nie pamiętać ani pokojowej nagrody Nobla, ani jego triumfalnej mowy przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych? Zarazem co tu ukrywać: najpoważniejsze oskarżenie „Bolka” może wiązać się z tym, że już jako Prezydent miał poprosić Andrzeja Milczanowskiego o swoją dokumentację z archiwum Służby Bezpieczeństwa i papiery oddać zdekompletowane.  

III RP zapewnia wolność słowa. Dlatego przecież bez ograniczeń można mówić o dwojakim odzyskaniu niepodległości: pozornym w 1989 r. (więc III RP to PRL-bis) i faktycznym w 2015 r. (PiS i jego IV RP). Wyznawcy religii smoleńskiej mogą wołać „Jarosław, Polskę zbaw!”. Można nawet być poniekąd zawiedzionym z tego powodu, że rewolucja Solidarności nie wiązała się z przelewem krwi, a zarazem milczeć o wąsatym przywódcy Sierpnia 1980 – jak Andrzej Duda 31 sierpnia 2018 r.:

Są dzisiaj różne dyskusje i spory dotyczące tamtego przełomu 1989 roku. Można się zgadzać z różnymi koncepcjami, różnymi teoriami, ale fakty są takie, że w Polsce nastąpiła bezkrwawa w zasadzie rewolucja. Nie strzelano do ludzi na ulicach tak jak tutaj, w Gdańsku, w Gdyni, w 1970 roku. Nie ma dzisiaj dziesiątek, setek czy tysięcy krzyży nad mogiłami młodych ludzi, którzy, tak jak ja,  wtedy mieli po 17, 18 lat, i którzy być może byliby gotowi walczyć o wolną Polskę z bronią w ręku.

Płacimy za to jednak cenę i wszyscy mamy tego świadomość. Tą ceną są także choroby, które bez przerwy, choć w coraz mniejszym stopniu, drążą nasze państwo od tamtego czasu, bo jakże nie nazwać chorobą tego, że w Sądzie Najwyższym wciąż orzekają sędziowie, którzy skazywali ludzi niepodległościowego podziemia w czasie stanu wojennego. Przecież wszyscy dziś wiemy, że tak jest. Tylko prawda dopiero po prawie 30 latach wychodzi na jaw, że są tam ludzie, którzy uczestniczyli w komunistycznym aparacie represji, m.in. będąc wówczas w Ministerstwie Sprawiedliwości, gdzie jedna z osób nadzorowała, czy prawodawstwo stanu wojennego jest we właściwy sposób wdrażane i składała z tego raport do Komitetu Centralnego.

Koniec końców można nawet twierdzić, że prawdziwą Polską dopiero jest czy też będzie IV RP. Zarazem niepodobna odmówić trafności słowom Jacka Kurskiego „Z tym Wehrmachtem [dziadka Donalda Tuska] to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi”. Faktycznie suweren kupuje niemal wszystko: od najogólniejszego hasła pisowskiej kampanii propagandowej 2015 r. „Polska w runie” aż po zwerbalizowane przez Mateusza Morawieckiego powołanie dziejowe Polski: do rechrystianizacji Europy. Sam suweren też jest kupowany: wpierw przecież populistycznym programem 500+, niedawno zamrożeniem podwyżki cen energii (wyborcze kalkulacje PiS-u stały się ważniejsze niż rachunek ekonomiczny – tak w pisowskiej IV RP Polska Ludowa wiedzie swe życie po życiu).   

Tym już starszym Polkom i Polakom pozostaje własna pamięć wyborów 1989 roku. Młodszym – szukanie prawdy historycznej. Jedni i drudzy mogą sięgnąć po wydany jeszcze w 1990 r. album fotograficzny Erazma Ciołka „Polska. Sierpień 1980 – sierpień 1989”. Na czwartej stronie okładki zobaczymy Wałęsę i zaraz za nim… Jarosława Kaczyńskiego – drugoplanowego uczestnika obrad okrągłego stołu (pracował w zespole do spraw reform politycznych).

W sporach o wybory 1989 r. jedna granica z pewnością nie powinna być przekraczana: ta, poza którą zacietrzewienie polityczne apologetów IV RP odbiera im rozum. Nawet tzw. głowie państwa – zawiedzionej tym, że rewolucja Solidarności nie przyniosła rozlewu krwi. Zawiedzionej również dlatego, że w chorej prezydenckiej głowie nad elementarną kompetencją historyczną przeważyło propagandowe robienie wody z mózgów Polaków. Ostatecznie w Rumunii (jedynym kraju tzw. bloku państw socjalistycznych, który podczas Jesieni Ludów krwawo obalił komunistyczną dyktaturę; w walkach zginęły 1104 osoby) beneficjentami krwawej rewolucji 1989 r. zostali nie tylko obywatele, lecz również… ludzie komunistycznego reżimu. Tu poprzestańmy na trzech ocenach słów kabaretowego Adriana. Lena Kolarska-Bobińska: „Bezkrwawa rewolucja to polski powód do dumy i chwały, tęsknota za krwią to dowód niedojrzałości emocjonalnej i głupoty”. Wojciech Sadurski: „Czyli gdyby rewolucja krwawa, cena byłaby niższa lub w ogóle by jej nie było. Można głupiej?”. Jesse Pinkman: „>>Płacimy cenę za bezkrwawą rewolucję<< co za kurwa debil”.

W zakończeniu autor tych słów będzie jak ta żaba, która podstawia łapkę tam, gdzie konie kują, i napisze, że do dziś pamięta swój dosłownie zwierzęcy strach, w jakim uciekał przed milicjantami w dniach tak symbolicznych jak 13.12.1981 i 3.5.1982. Prezes Kaczyński? Prezydent Duda? Gdzie wówczas oni byli i co robili? Nigdzie ich nie widziałem…

Krzysztof Obremski

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216
Dyżur Zarządu w  czwartki od 17.00 do 19.00

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info