Publicystyka

Historia kartek...

Roman Spandowski 06.06

Gospodarka PRLu opierała się na dwóch formach własności: państwowej i spółdzielczej. Czyli zgodnie z ówczesną ideologią – społecznej. Należy tu dodać, że komunistyczna spółdzielczość nie miała nic wspólnego z prawdziwą spółdzielczością. Nie regulował tej tzw. społecznej gospodarki żaden rynek, tylko arbitralne, ideologicznie zmotywowane decyzje polityczne.

Przez cały okres PRLu Centralna Komisja Planowania (jeden z najważniejszych ówczesnych urzędów) ustalała wieloletnie plany (najpierw trzyletni – odbudowy, potem sześcioletni – socjalistycznej rozbudowy, aż wreszcie do końca pięcioletnie), wg których Polska miała zakwitnąć i już stale kwitnąć. W założeniach tych planów konsumpcja prywatna odgrywała najmniejszą rolę. A właściwie żadnej. Podstawowym celem rozwoju ekonomicznego kraju miało być rozwijanie przemysłu ciężkiego – wydobycia surowców, zwłaszcza węgla, hutnictwo, przemysł wojskowy – choć z tym ostatnim się raczej nie reklamowano. Było to zgodne z anachroniczną mitologią komunizmu, ale także z konkretnym zadaniem, jakie postawił państwom wasalnym ówczesny hegemon, czyli ZSRR i dominujący w nim kompleks przemysłowo-obronny (trwała zimna wojna i wyścig zbrojeń). ZSRR był również największym odbiorcą innych polskich produktów, przy czym relacje handlowe były takie, jakie są między panem a lennikiem. Wszystkie ceny były regulowane odgórnie, a ich zmiany – często dramatyczne – ogłaszano, kiedy permanentnie kulejąca gospodarka zbliżała się do zupełnej zapaści. Na ogół stawały się one zapalnikiem eksplodującego niezadowolenia społecznego, a potem przewrotu pałacowego i częściowej wymiany rządzących elit. Złotówka nie była prawdziwym pieniądzem (bo tę funkcję pełnił faktycznie dolar USA), tylko umowną jednostką przeliczeniową, której nie regulowały żadne obiektywne prawa. Nie trzeba dodawać, że społeczeństwo w tej umowie nie było stroną. No i była używalna tylko w PRLu, bo za granicą jako bytu fikcyjnego nikt jej nie uznawał.

Konsumpcję prywatną zawsze traktowano jako piąte koło u wozu i w efekcie polskie półki sklepowe były monotonne i pustawe, a zdarzało się widzieć na nich tylko ocet. Beznadziejną sytuację w kwestii spożywczej próbował ratować drugi (oczywiście nielegalny, ale tolerowany) obieg towarowy pomiędzy wiejskim producentem płodów rolnych a mieszkańcem miasta. Pamiętam tzw. baby z cielęciną wizytujące miejskie biura. A także prywatne kontakty z rodziną na wsi (a większość z nas jeszcze wtedy takie miała). A także rzemiosło (już niekoniecznie spożywcze), które przeżywało wówczas (choć ciągle nękane – jako wróg klasowy – tzw. domiarami, zob. w Wikipedii) swój złoty okres. No i tzw. sklepy eksportu wewnętrznego (Pekao, potem Pewex i Baltona). Trudno o lepszy dowód, że komunistyczna władza traktowała własne społeczeństwo jako ciało obce, do którego trzeba było potrzebne jemu rzeczy importować. W tychże sklepach kupowało się za dolary lub tzw. bony towarowe, tj. odpowiedniki dolarów, jeśli się walutę ulokowało w banku Pekao. W ten sposób ludowe państwo ściągało od poddanych tzw. cenne dewizy, których rozpaczliwie i na gwałt potrzebowało. Od 1956 r. można było już posiadać zachodnią walutę (przedtem to było przestępstwo) i władza specjalnie nie dochodziła (a może specjalnie nie), skąd się ją miało. Ale rynek walutowy był już ścigany, a jego strona sprzedająca, tzw. cinkciarze (od powtarzanej półgłosem zachęty do  kupna – cziń (od: change)) byli nadzwyczaj często pozyskiwani przez służby jako ich informatorzy. Funkcję kantorów wymiennych pełniły chodniki i ustronne miejsca przed bankami, a także zarośla lub inne zakamarki w okolicach sklepów walutowych.

W sytuacjach już nadzwyczaj krytycznych wprowadzano tzw. kartki, głownie na towary spożywcze, ale później już praktycznie na wszystko. I tu jest ciekawa historyczna opowiastka. Tuż po zakończeniu  II wojny światowej kartki żywnościowe były powszechne i niemal wszędzie na zachodzie Europy. Zob. ówczesną literaturę, niech będzie i Agathę Christie. Ale w świeżo wyzwolonej (?) Polsce nie. W opowieściach moich rodziców przewijała się bajkowa narracja, jak to targowiska obfitowały wtedy we wszelakie dobra spożywcze, oczywiście tylko domowego chowu. Ale po zgrozie i głodzie okupacji to już było bardzo istotne coś. Po prostu polscy chłopi, uwolnieni od niemieckich kontyngentów (zob. w Wikipedii), a jeszcze nieobarczeni przez nowych panów, pośrodku powojennego zamętu zaczęli uprawiać i hodować ze zwielokrotnioną energią. Moc swoją w tej dziedzinie poznali podczas okupacji, kiedy to oni faktyczni żywili miasta (zob. film „Zakazane piosenki”). A i handel był jeszcze podówczas prywatny. Polak potrafi! Jaka szkoda, że tę energię potem tak bezmyślnie zmarnowano. W 1946 r., czyli rok później wprowadzono już kartki (zob. na naszej tablicy). Na zachodzie właśnie zaczęły one odchodzić w zapomnienie, a dla nas być ponurym elementem wciąż powracającego koszmaru. Po raz pierwszy kartki zobaczyłem w 1976 r., roku Radomia i Ursusa, kiedy cukier potaniał z 12 ówczesnych zł na 10,50, ale nadal był niedostępny. Trzeba tu jednakże dodać, że cukier wtedy nie służył tylko do zbytków deserowych, ale stanowił niesłychanie ważny półprodukt do produkcji zdecydowanie najważniejszego narodowo produktu, czyli bimbru. Nawet bimbrownicy walczyli wówczas z komuną! Najprawdziwszy sojusz robotniczo-chłopski! Ale bezsprzecznie towarem, na którym komunistyczna władza najczęściej się potykała, było mięso i jego przetwory. O to chodziło  w 1970, 1976 i w 1980 r. Parę ekip partyjno-rządowych się na tym przejechało. Ale też sporo krwi polskiej z tej okazji spłynęło. I o co? O kiełbasę, która nawet nie była wyborcza.

Nie chcę tu już pisać o rozmijaniu się aspiracji zwykłych zjadaczy chleba (którym też jestem) z aspiracjami intelektualistów (jak wyżej). Powiedziano i napisano o tym już wiele. W latach osiemdziesiątych owe dwa segmenty społeczne się wreszcie spotkały. Ten tekst poświęciłem zresztą temu pierwszemu aspektowi. Chodzi mi o rzecz najbanalniejszą pod słońcem. Rodaku! Przejdź się zupełnie bezinteresownie ulicami naszych miast i wsi i rozejrzyj się wokół. A jak masz czas, przejedź się po naszej ojczyźnie i się też po niej rozejrzyj. Jeżeli dobrze pamiętasz PRL, jak ja, to to, co ja, zobaczysz, chyba żeś zupełny bałwan. Jeśliś dorastał później, nie słuchaj Kaczyńskiego i Rydzyka. Oni są co prawda mniej więcej moimi rówieśnikami, ale trochę młodszymi. A poza tym ja nie używam Alzheimera co celów politycznych.
                                                                                                   Roman Spandowski

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216
Dyżur Zarządu w  czwartki od 17.00 do 19.00

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info