kod kp 3

Wydarzenia

KOD - podsumowanie Romka Spandowskiego

Autor: Roman Spandowski

RomekKiedy KOD się przed laty zaczynał, a i mój w nim udział (wiem, że nie było to dokładnie to samo), na fali  wstępnego entuzjazmu, tudzież euforii rodziły się przeambitne programy zmobilizowania społeczeństwa pod naszymi sztandarami mas narodu. Bo przecież cele  KODu są tak kompatybilne z celami dawnej i jedynej tej nazwy Solidarności…

 

 

 

 

Otóż nie były i nie są. Wtedy było to być albo nie być Polaków zarówno ekonomiczno-socjalne, jak i godnościowo-socjalne pragnienie, by dołączyć do Zachodu, który obie te wartości już dawno zrealizował. Przynajmniej tak się nam wtedy wydawało, a przemawiały za tym wrażenia coraz liczniejszych rodaków, którzy tego tam doświadczyli oraz, wracając stamtąd, świadczyli, że Zachód ma się o wiele lepiej niż nasz Wschód. Rzecz jasna, chodziło przede wszystkim o poziom życia na co dzień. Podstawy ustrojowe, które ową wyższość ekonomiczno-cywilizacyjną Zachodniej Europy nad blokiem wschodnim zapewniły, były wówczas dla nas nie tylko mało zrozumiałe, ale też mało interesujące. Wystarczyło hasło „demokracja”, a także (już w znaczniej mniejszym stopniu) „kapitalizm” (lata realsocjalizmu odcisnęły się tu jakoś swoim treningiem), żeby wierzyć, żeby uwierzyć, żeby  PRLowskie sklepy stały się powszechnie Pewexami (dla niekumatej młodzieży – sklepami w pełni wyposażonymi, jaki w PRLu za dolary).  

A po 1989 r. indywidualne i z gruntu antykomunistyczne ambicje zostały uzupełnione, a w końcu zastąpione przez pokoleniowo-zinstytucjonalizowaną oraz z gruntu lewicową roszczeniowość. Często zresztą w pozornie prawicowej osłonce (to się teraz określa jako populizm). A słowo „demokracja” stało się fetyszem i jako takie dostało się w łapy demagogów z autorytarnego piekła rodem. Powtórzył się semantyczny paradoks z lat PRLu. Przypominam ówczesny dowcip: czym się różni demokracja od demokracji ludowej (tak określano wtedy ustrój z tej strony żelaznej kurtyny). Odpowiedź – tym samym, czym się różni krzesło od krzesła elektrycznego. Demokracja jako taka jest bezprzymiotnikowa. Ta chociaż w istotnych szczegółach z czasem się zmieniała, jej istota jednak pozostawała niezmienna. Rosła więc sprawcza swoboda wola obywateli (z całym poszanowaniem jej granic – by wola większości nie stłumiła mniejszości). Nawet nie trzeba było tego spisywać. Zmianom substancji społecznej towarzyszyła zmiana rozumienia dotychczasowego prawa, może niekoniecznie w tym samym tempie. Ale jądro tego prawa – a przede wszystkim wola jego rozumienia, nawet w zmieniających się warunkach społecznych – pozostawało bez zmian. Dlatego Wielka Brytania – ojczyzna nowożytnej parlamentarnej demokracji – nie ma w ogóle konstytucji, a USA – jej historyczno-prawny sukcesor – zadowalają się konstytucją sprzed 300 lat wraz z 27 poprawkami. Które to poprawki zostały wprowadzone, gdy się już nie udało społecznych przemian wprost wyprowadzić z istniejącej już ustawy zasadniczej.

Odkąd przystąpiliśmy do nowożytnej Europy, czyli od Mieszkowego chrztu, byliśmy nieustannymi europejskimi dłużnikami. Wyłącznie braliśmy. Na początku było to chrześcijaństwo, które zawdzięczamy dynastycznemu związkowi naszego świeżego w tym gronie Piasta (dla nieuków – Mieszka I) oraz co nieco bardziej chrześcijańsko-europejskich czeskich Przemyślidów, skąd się wzięła chrześcijańska małżonka Mieszka, czyli Dobrawa vel Dąbrówka. Tyle na poziomie dynastycznym. Co do chrystianizacji tego nowego słowiańskiego państwa, które nie znało jeszcze swojej nazwy, a jego ludność nie utożsamiała się ani z tą nazwą, ani z nową religią, a po kilku latach po pono wspaniałych zwycięstwach Chrobrego – które mają być fundamentem naszej nowej historii – oraz tzw. reakcji pogańskiej – o której się w owej historii milczy, a która świadczy, jak bardzo powierzchownie owa dynastyczna chrystianizacja Mieszka się dokonywała –  Niemcy jako feudalni władcy i misjonarze  chrześcijaństwo musieli praktycznie na nowo w Polsce instalować.

Tu muszę przypomnieć, że słowo „Niemcy” odnosiło się tylko do ludzi mówiących którymkolwiek niemieckim dialektem. Jako że o narodzie niemieckim - zresztą też o każdym, w tym polskim, nikt by wtedy nawet pomyśleć nie mógł.

A następnie trzeba pamiętać, że dalej z Niemiec (obojętnie, co pod tą nazwą rozumiemy) dziedziczyliśmy kulturę miejską (wszystkie polskie miasta zostały założone na prawie niemieckim – magdeburskim, chełmińskim, średzkim, lubeckim; a ich założycielami i początkowymi mieszkańcami byli ludzie niemieckojęzyczni), organizacja i technologia budowy tychże miast jest też niemieckiego pochodzenia. Później również wsi, bo i tam prawo niemieckie było znacznie atrakcyjniejsze dla władców i mieszkańców niż tradycyjne prawo polskie. Z Niemiec dotarła do nas również symbolika państwowo-ustrojowa, w tym nasz herbowy orzeł, a poprzez Niemcy doszła do nas reszta symboliki feudalnego państwa. Poza arystokratyczną, bo zanim się takowa w Polsce ukształtowała, nastąpiła u nas w XVI w. szlachecko-egalitarna rewolucja – np. szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. I tak już przynajmniej formalnie było do końca I Rzplitej. Wszystkie później dosłyszane przez was tytuły mają genezę u państw zaborczych.

Itp. itd. Spartoliliśmy ostatnią piastowską próbę  stworzenia państwa na ówczesną miarę europejską (Kazimierz Wielki!). Ale już za jego panowania dał się zobaczyć pierwszy symptom późniejszego upadku kraju – przywilej koszycki, który dał szlachcie pierwsze specjalne prawa. Potem poszło dalej jak z płatka. Praw szlachcie przybywało, a mieszczanom (którzy dopiero co się jakoś zaczęli stanowić) oraz chłopom (którzy nawet takiej szansy nie  mieli) ubywało w tempie przerażającym. Rzeczpospolita Jagiellonów – na pozór mocarstwo militarne i ekonomiczne oraz największe pod względem powierzchni państwo Europy – była kolosem na glinianych nogach – wiejska monokultura (prymitywne rolnictwo siłami chłopów pańszczyźnianych, czyli praktycznie niewolnicze, plus leśnictwo, zresztą jak wyżej, a wszystko na eksport – PRL się kłania), nieliczne miasta powoli zdychały, a te niegdyś potężne, niemieckojęzyczne i odziedziczone po Krzyżakach (Gdańsk, Toruń, Elbląg), dostosowując się do poczwarnej ekonomii Rzplitej, zadowalały się najprostszym zyskiem pośrednictwa, rezygnując nawet z własnej floty i przystając na rolę faktorii Amsterdamu. A wokół egzotyczny na tle ówczesnej Europy kult polsko-szlacheckiej swojskości z gigantycznym orientalnym wsadem. Czy nie kojarzy się wam to jakoś? Kraj pozbawiony odpowiedzialnej polityki zagranicznej, mający od wschodu nieprzebierającego w środkach drapieżnego sąsiada, pozbawiony liczącej się armii, a co najważniejsze – sojuszników, bo się skłócił ze wszystkimi wokół…  A wszystko na własne życzenie.

Już bez dalszych szczegółów, choć i na takie może przyjść pora. Historia nauczycielką życia oraz historia się powtarza. Oba dawne powiedzenia są tylko częściowo prawdziwe. Ale są. Przystańmy na to. W tej chwili kraj nasz nie ma już szlachty, ma liczne i bardzo zaludnione miasta, nie ma już chłopów, tylko są rolnicy. Niektórzy zwą ich według obcych języków (weneckiego?, brukselskiego?) farmerami. Ale tylu Polaków ma nazwisko zakończone przyrostkiem –ski, pierwotnie wyłącznie szlacheckim (jak franc. de lub niem. von). Aż tyle było w Polsce szlachty??? Przecież nie. Plebejusze – niezależnie od zaborów – w ten sposób poprawiali sobie genealogię i samopoczucie. Bo taki był szlachecki punkt wyjścia polskiej kultury. I wciąż taki pozostaje. Jest to nasze przekleństwo. Zresztą jedno z wielu. Np. obok braku mniejszości narodowych, choć I Rzplita miała ich obfitość.

Straciliśmy cholernie wiele szans na bycie krajem naprawdę europejskim. Bo do Europy wkracza się nie od razu i raz na zawsze. Pierwszym razem był chrzest Mieszka. Niewiele on wtedy religijnie wymagał, przynajmniej z obecnego punktu widzenia. Trochę szczęk rozbitych za nieprzestrzeganie postów (za Chrobrego), sporo przemytu pogańskiego kultu do nowej, chrześcijańskiej religii (wtedy i zawsze później), wreszcie najwięcej hipokryzji (to spadek do dzisiaj największy i obawiam się – decydujący o współczesnym polskim katolicyzmie). Taki chrzest – niech będzie, powierzchowny jak jasna cholera –  przyjęliśmy, kiedy chrześcijaństwo było jeszcze względną jednością. Ale wkrótce potem być przestało. Zanim jednak wiadomość o zerwaniu związków między Rzymem a Konstantynopolem do nas dotarła, dały się odczuć rozmaite różnice kulturowe. Myśmy się związali z Zachodem i była to decyzja trafna, choć wtedy jeszcze niekonieczna. Niedaleka przyszłość pokazała jednak, że to właśnie na Zachodzie będzie centrum nowego świata, nowej myśli oraz szansa dla raczkujących cywilizacyjnie smarkaczy ze środkowej Europy. Wśród tych szans było także to, że na średniowiecznym Zachodzie władza religijna  nijak się mogła zgrać z władzą polityczną. Zachodnie Cesarstwo Rzymskie upadło szybko i w niesławie, a jego próby reaktywacji – czy to pod Karolem Wielkim, czy pod niemieckim Ottonem I – dawały jakość już zupełnie inną. Przede wszystkim terytorialną: papież był w Rzymie, a cesarz gdzieś na niemieckiej północy. I byli ze sobą konflikcie. Dla Europy zachodniej, a zwłaszcza jej młodych adeptów ze słowiańskiego Wschodu była to szansa nie byle jaka, żeby wziąć udział  w tworzeniu nowych państw plemienno-dynastycznych, a niedługo potem również narodowych. Wykorzystali to także pierwsi Piastowie – popierając bądź najpierw cesarstwo i papiestwo jednocześnie, kiedy obie siły były jeszcze jednością, a opozycją probizantyński wschód, tudzież inny drobiazg środkowoeuropejski, bądź tylko papiestwo, jako że było daleko, a niemieckie już właściwie cesarstwo blisko. Na tym zresztą miała polegać wkrótce cała polityka zachodniej Europy. I to właśnie z niej się wyłoniła zachodnia sztuka politycznego balansu między władzą kościelną a świecką. Między innymi dzięki niej dość łatwo Zachód (w tym Polska) przeżył renesansową emancypację nauki i kultury od dyktatu religii, co ostatecznie przypieczętowało Oświecenie. Postbizantyńskiemu Wschodowi nie zostało to dane. Cokolwiek z nowoczesności było niezbędne do funkcjonowania w nowszej epoce prawosławna Ruś zrzynała od nas.

Aż wreszcie przyszedł kres. Europejska maskarada, a tak naprawdę gorący romans z orientem, jak każdy fałsz aksjologiczny, musiała się skończyć dramatycznym i bolesnym coming outem. Tylko dla kogo to był dramat i boleść? Dla tych nielicznych, którym realna i w realnym otoczeniu Polska naprawdę była czymś najdroższym, a którzy zredagowali i wbrew zastarzałym regułom przeprowadzili w sejmie RP 3-majową Konstytucję (co trzeci mason) czy dla tych wtedy liczniejszych, zapiekłych w uwielbieniu głupiej tradycji i dla niej gotowych poświęcić wszystko, co było w obcych językach, których nie znali, bo żadnych nie znali, w tym własną OJCZYZNĘ?? Wydawać by się mogło, że ówczesny coming out wystarczy na wieki jako ponadwielopokoleniowa nauczka.

I cóż? Zaczynamy wszystko przerabiać od nowa? Historia magistra vitae non est? W 1794 r. podczas powstania kościuszkowskiego na szubienicy na warszawskim rynku zawisł targowiczański biskup. Tylko jeden, bo innych na miejscu nie było. Oraz jeden poseł – przyczyny jak wyżej. Obaj polsko-katoliccy tradycjonaliści (oraz przewielu innych) nienawidzili oświeconej Europy. Rosja była dla nich wybawieniem od oświeceniowej zarazy. Choć jeszcze wtedy nie tęczowej. Ale  na wszystko przyszedł swój czas.

Ja się solidaryzuję z ówczesną nową Polską, europejską, w której jest miejsce i dla ludzi nieagresywnej tradycji, dla ludzi LGBT  i dla imigrantów. Mam za sobą wielowiekową cywilizację europejską, w tym Nowy Testament. Ktoby chciał ze mną polemizować, wzywam go na ubitą ziemię.    

I tak mój zaplanowany wprzódy  tekst stał się skąpą obwolutą treści obfitszej, tak jak się miało to zacząć. Ale nie powstał w ten sposób tekst-monstre wszystkotematowy. Jakoś tak wyszło, że moja interpretacja demokracji w moim głębokim przekonaniu jest jednocześnie pochwałą współczesnej demokracji europejskiej oraz namiętną krytyką podszywającej się pod demokrację infantylnej polskiej endecji. Jakkolwiek się ona chce teraz nazywać – PISem czy Konfederacją. Użycie dużych liter przy powyższych określeniach sprawiło mi ogromny dyskomfort.

A co do początku niniejszego pisania, KOD nie stał się Solidarnością, której osobiście doświadczyłem. Czego zresztą się spodziewałem. Nie zmienia to faktu, że ja – dinozaur tamtej epoki – wiążę z KODem swoje polityczne nadzieje. O czym potem.

Roman Spandowski

Stanowisko Zarządu Regionu

KOD z napisem PNG

Toruń 15.02.2020r.

 

 

 

Stanowisko Zarządu Regionu Kujawsko-Pomorskiego

Komitetu Obrony Demokracji

w sprawie wyborów prezydenckich 2020 roku

 

Zarząd Regionu wyraża przekonanie, że nawet najbardziej dramatyczny wybór, przed którym stoją Polacy od czasu wyborów 1989 roku: utrwalenie i pogłębienie autorytarnej władzy Prawa i Sprawiedliwości przeciwko uczynieniu drugiego po Senacie wyłomu w tej monowładzy, nie zwalnia z obowiązku zachowania wyborczych reguł demokracji, wolności sumienia i przyzwoitości. Dlatego też, dla naszego Stowarzyszenia, jednakową wartość mają wszyscy demokratyczni kandydaci. Mamy różne poglądy ideologiczne, osobiste preferencje, różne potrzeby i możliwości wspierania kandydatów i ich sztabów wyborczych. Do czasu zakończenia I tury wyborów nie będziemy wskazywali na żadnego kandydata z grona obecnej opozycji, któremu należy udzielić poparcia.

Wyjdźmy na ulice z listami poparcia i pomóżmy zebrać podpisy wszystkim kandydatom demokratycznym. Wyboru prezydenta dokonajmy przy urnach wyborczych, nie w trakcie zbierania podpisów i podczas kampanii wyborczej.

Zarządu Regionu KOD Kujawsko-Pomorskie

Czytaj więcej

Spotkanie w Wejściówce

wejsciowka

Zapraszamy członków i sympatyków KOD
Na spotkanie w Wejściówce – Toruń ul. Plac Teatralny 1
W czwartek 13 lutego o godzinie 17.00
Porozmawiamy o sprawach bieżących, podsumujemy nasze
Regionalne Walne 
Zebranie Członków stowarzyszenia,
oraz czekające nas w maju wybory prezydenckie.

Czytaj więcej

Zarząd Regionu kujawsko-pomorskiego ukonstytuował się.

zarząd

W dniu 5 lutego Zarząd Regionu Kujawsko-Pomorskiego KOD zebrał się po raz pierwszy po wyborach celem ukonstytuowania się i podzielenia zadań. Oto ustalenia:

Czytaj więcej

SPRAWOZDANIE Z PRAC ZARZĄDU KOD REGIONU KUJAWSKO-POMORSKIEGO.

SPRAWOZDANIE Z PRAC ZARZĄDU 
KOD REGIONU KUJAWSKO-POMORSKIEGO.

 OKRES SPRAWOZDAWCZY: Od styczeń 2017 do styczeń 2020

WALNE

Czytaj więcej

POD POMNIKIEM KAZIMIERZA PRAWODAWCY

BYDJak w wielu miejscach w kraju, również w Bydgoszczy, zaniepokojeni obywatele zebrali się w czwartek, 23 stycznia naprzeciw Sądu Okręgowego, przed pomnikiem Kazimierza Wielkiego. (Z inspiracji tego właśnie króla pracował cały zespół ludzi biegłych w prawie i procesie sądowym nad kodyfikacją polskiego prawa. Stworzono dzięki niemu dzieło dające poczucie stabilizacji społecznej i majątkowej, niezbędnej dla trwałości ładu wewnętrznego w państwie. Warto o tym pamiętać.)

Czytaj więcej

KOD - podsumowanie Romka Spandowskiego

Autor: Roman Spandowski

RomekKiedy KOD się przed laty zaczynał, a i mój w nim udział (wiem, że nie było to dokładnie to samo), na fali  wstępnego entuzjazmu, tudzież euforii rodziły się przeambitne programy zmobilizowania społeczeństwa pod naszymi sztandarami mas narodu. Bo przecież cele  KODu są tak kompatybilne z celami dawnej i jedynej tej nazwy Solidarności…

Czytaj więcej

Kontakt

Siedziba biura regionalnego:
ul. Mickiewicza 48/4
87-100 Toruń

Tel. +48 729 055 216

Telefony:

od 12.00 – 18.00
+48 729 055 216 (Toruń, Inowrocław, Grudziądz).
+48 798 714 589 (Włocławek)
+48 570 655 757 (Bydgoszcz)
e-mail: zarzad@kodkp.info
Redakcja: media@kodkp.info