Czy sądownictwo w Polsce przeżywa kryzys?

prof. Adam Strzembosz

 

Czy sądownictwo w Polsce przeżywa kryzys? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba byłoby oprzeć się na badaniach. Otóż, jest rzeczą paradoksalną, że przy wieloletnich zarzutach w stosunku do sądownictwa – do jakiego stopnia uzasadnionych, to ja będę mówił później – właściwie ci, którzy mówią o kryzysie, nie są w stanie powołać się na jakiekolwiek badania systematyczne, które by objęły wszystkie stopnie sądownictwa, wszystkie sądy od rejonowych po okręgowe i apelacyjne, włącznie z Sądem Najwyższym ewentualnie… I by oceniono, do jakiego stopnia orzecznictwo sądowe odpowiada pewnym oczekiwaniom w zakresie ustalania prawdy materialnej i wydawania sprawiedliwych wyroków.

Powoływanie się na pojedyncze sprawy w tej materii, jak to ma miejsce, jest niezwykle zawodne. Wystarczy powiedzieć, że gdyby wykazano w tym trybie bardzo poważne uchybienia w tysiącu pięciuset sprawach, to wobec wpływu około piętnastu do szesnastu milionów byłby to jeden promil spraw, które zostały rozpoznane w sposób nieprawidłowy, albo też orzeczenie budzi poważne zastrzeżenia. Oczywiście sąd, żeby w jedym promilu się mylił, byłby najlepszym sądem na świecie, sądem niewyobrażalnym.

W tej chwili mówi się bardzo dużo o spadku zaufania do sądów. Ten spadek się rzeczywiście rejestruje. Pierwszego września ubiegłego roku do sądu miało zaufanie 44% respondentów, do rządu 27%, a do parlamentu – 22%. Czyli, mimo że we wrześniu zeszłego roku już „dobra zmiana” działała na rzecz możliwie negatywnego odbioru sądów w społeczeństwie, to jednak nadal zaufanie do sądów było dwukrotnie większe, niż do parlamentu, i to do parlamentu, który niósł na swoich skrzydłach dobrą zmianę.

Jaka jest zatem ta rzeczywistość sądowa? My tego nie wiemy. Ci, którzy podnoszą zarzuty, też nie wiedzą. Natomiast są fakty na pewno niedyskutowalne. Że postępowanie w polskich sądach ciągnie się długo, że nie zawsze kultura na sali sądowej jest taka, jaka być powinna. Że w niektórych okręgach sprawy są bardzo szybko rozpoznawane, szczególnie w małych okręgach miejskich, w niektórych ciągną się niesłychanie długo. Nie budzi tez właściwie zastrzeżeń ten fakt, o którym oczywiście obywatele Polski nie wiedzą, że jest ogromnie różnorodne obciążenie sędziów. Powiedzmy, sędzia cywilista w sądzie okręgowym ma w referacie około trzystu spraw w Warszawie, a w Białymstoku około pięćdziesięciu. I różnica między ciężarem gatunkowym tych spraw jest niepomiernie duża. Czyli, pewne rzeczy wątpliwości nie budzą, natomiast wyciąganie jakichś poszczególnych spraw i zarzutów właściwie nie odpowiada absolutnie na to pytanie, jak sądy orzekają.

Następna sprawa, która jest bardzo istotna: mówi się o przestępczości i korupcji, itd., itd… Ale jest rzeczą charakterystyczną, że na tym billboardzie, który wywołał tyle emocji – ja go nie czytałem, bo mi wzrok na to nie pozwala, poza tym w mojej tutaj bezpośredniej okolicy go nie ma – ale w tych dyskusjach telewizyjnych i radiowych stale mówi się o dwóch sprawach: o sędzi, który ukradł kiełbasę i o pani sędzi, która ukradła spodnie. Otóż, sędzia, który ukradł kiełbasę, zrobił to dwanaście lat temu i od dwóch lat nie żyje. Pani sędzia, która ukradła spodnie, jest osobą od lat psychicznie chorą, jest sędzią w stanie spoczynku i pewnie niejeden raz jeszcze dokona jakiegoś czynu, który będzie mógł bulwersować opinię społeczną i oczywiście, nie można jej przypisać żadnej winy…

Zatem, możemy sobie powiedzieć, że gdyby w rzeczywistości jedynymi problemami w sądownictwie polskim, jeżeli chodzi o zachowania niedozwolone, były takie przypadki, że w ciągu dwunastu lat wyciągnęło się jedną kradzież kiełbasy, nie wiadomo zresztą w jakich okolicznościach dokonanej – ja tego nie wiem – i czy dokonanej, to oczywiście polskie sądownictwo znowu byłoby wynoszone pod niebiosa. Bo przecież: ani jednego faktu korupcji, ani jednego faktu jakiegoś complotu, porozumienia sędziów z prokuratorem, gangsterem, itd… Z tego, co słyszałem, przynajmniej nie mówiono o takim przypadku. Zatem znowu, wcale na pewno sądownictwo nie jest tak nieskazitelne, jakby z tego banneru wynikało, ani problematyka sądownictwa nie jest taka, by nie wymagała interwencji ustawodawczej i wszelkiej innej. Ale to nie jest problem, który by mógł być wykazany w jakikolwiek poważny sposób.

Jarosław Kaczyński ma taką przemożną idée fixe, że on musi zdekomunizować Polskę i odzyskać dla narodu kraj, przede wszystkim zmieniając jakieś – nie wiem, czym podszyte elity na elity nowe, bo przede wszystkim elity muszą być… On sam i ci wszyscy posłowie, senatorowie są elitą. Ci ludzie, którymi obsadza różne spółki, to też jest elita, zresztą również elita finansowa; także elit się nie uniknie… Natomiast ta idée fixe powoduje, że on ma takie nieco aberracyjne przekonanie, że gdzieś ta elita taka szczególnie zdemoralizowana, skomunizowana czy jakaś tam, siedzi. Niedawno powiedział, że taką skamieliną komunistyczną, a skamieliną nad tą skamieliną jest Sąd Najwyższy.

Otóż, zapomniał, że na podstawie ustawy z 20 grudnia 89 roku, w składzie, jaki ukształtowała Polska Ludowa, został rozwiązany, wszyscy sędziowie stracili swoją pozycję w sądzie, i nowo ukształtowana Krajowa Rada Sądownictwa na nowo wybrała – czego nie udało się od razu zrobić – i wybierała przez lata Sąd Najwyższy. Czyli jest to instytucja najgłębiej zmieniona, jeżeli chodzi o sądownictwo i pewnie wiele innych instytucji państwowych.

Pan Kaczyński mówi – on albo jego adherenci – że ciągle jest dużo ludzi, którzy orzekają nadal, a mają ręce umoczone stanem wojennym. Jeżeli by tak rzeczywiście było, byłoby to elementem obciążającym. Pan Kaczyński wie, że wszyscy sędziowie zostali poddani lustracji wtedy, kiedy lustrowani byli posłowie, senatorowie, ministrowie, itd., tak jak i prokuratorzy, a adwokaci na własne żądanie. Źe zatem wśród sędziów nie ma ludzi powiązanych agenturalnie z jakimikolwiek

służbami specjalnymi.

Pan Kaczyński wie, że po wielkich trudach, bojach i z moim niemałym udziałem, kiedy ministrem sprawiedliwości była pani Hanna Suchocka, doszło do uchwalenia takiej ustawy, która nareszcie pozwoliła powołać postępowania dyscyplinarne w stosunku do sędziów, którzy w stanie wojennym nie przestrzegali zasady niezawisłości. Pani Suchocka się w to mocno angażowała, nowy minister sprawiedliwości, pan Lech Kaczyński – nie. Interweniowałem. Tłumaczył, że efekty są nieduże, i że trzy panie, które miały zająć się tą sprawą, nie mają do tego żadnej ochoty… Wydawało mi się, że minister sprawiedliwości, który rozkłada ręce, bo jakieś panie nie entuzjazmują się przydzieloną im pracą, nie wykazuje szczególnej energii…

Niemniej, trzeba przyznać, że to postępowanie z przyczyn, które bardzo obszernie opisałem w mojej i pani Marii Stanowskiej książce „Sędziowie warszawscy w czasie próby 1981-1988”, nie doprowadziło do pożądanych efektów. Nie ma żadnych przeszkód, żeby teraz „dobra zmiana” jednej nocy nie uchwaliła ponownie ustawy, która by pozwoliła na pociągnięcie do odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy w czasie stanu wojennego czy we wcześniejszych latach zachowywali się haniebnie. Nie ma żadnej przeszkody! Proszę to zrobić, panie przewodniczący PiS, jeżeli rzeczywiście uważa pan, że tacy sędziowie jeszcze orzekają.

Z mojej inicjatywy – oczywiście, tu zasługa jest pani minister Suchockiej – Krajowa Rada uzyskała uprawnienia do pozbawienia stanu spoczynku tych sędziów, którzy przed objęciem urzędu byli powiązani z Urzędem Bezpieczeństwa, ze Służbą Bezpieczeństwa, służbami wojskowymi, byli na represyjnych stanowiskach w wojsku. I spora grupa takich sędziów, którzy nie byli związani ze służbami, kiedy byli sędziami – w każdym razie, jeżeli byli poddani lustracji, to tego nie wykazano, ale część z nich nie była poddana lustracji, gdyż znalazła się w stanie spoczynku – została tego stanu spoczynku pozbawiona.

Oczywiście, nic nie stoi przeciwko temu, by podjąć dalsze starania w kierunku oczyszczenia sądownictwa. Czy jest z czego czyścić, nie wiem. Na te blisko 10 tys. sędziów, może kilku takich sędziów czy paru by się znalazło. Stawiano zarzuty, że w Sądzie Najwyższym jest sędzia, która sądziła i wydała wyrok między 13 grudnia a 17 grudnia, to znaczy w okresie, w którym nie ukazał się jeszcze Dziennik Ustaw z dekretami o stanie wojennym. Zapomniano dodać, że sędzia sądziła, tylko że uniewinniła. To szczegół, wydaje się, dość istotny.

Cóż, nawet ktoś, kto powinien lepiej się orientować: pan profesor Michał Królikowski, który pomagał prezydentowi, powiedział, że w Sądzie Najwyższym są sędziowie powoływani przez Radę Państwa. Ja również byłem powołany przez Radę Państwa do sądu powiatowego i później do sądu wojewódzkiego, i ta Rada Państwa zresztą mnie odwołała w pierwszej czwórce, co przyjmuję sobie jako element zaszczytny. Otóż, w tamtych latach, po 56 roku aż do zmiany ustroju, nikt inny nie powoływał sędziów, tylko Rada Państwa.

Trudno sobie wyobrazić, żeby w kraju nie było sądów cywilnych, karnych i innych (jeszcze wtedy administracyjnych nie było), bo taki kraj by się rozleciał. Można zatem stawiać jedynie zarzuty, że kto orzekał w sposób niewłaściwy, ale nie te, że go ktoś powołał. Ja bym tutaj przypomniał, że w okresie wojny w Polsce działały sądy grodzkie, a może i wyższej instancji; grodzkie na pewno. Ci sędziowie sądzili w warunkach okupacji, kiedy Hitler zagarnął Polskę, i po wojnie nikt jednego złego słowa im nie powiedział, w Polsce Ludowej! Oczywiście, to nie był zgodny z prawem międzynarodowym stan okupacji, ale wiadomo, że w czasie okupacji okupantowi nie wolno zmienić ustroju sądów. Poza tym Niemcy nie byli zainteresowani łapaniem złodziejaszków, oszustów, czy ustalaniem alimentów, itd. I to sądom polskim pozwolili robić, a to, że sądy polskie to robiły, było oczywiście niezwykle ważne dla polskiego, okupowanego społeczeństwa.

To tyle uwag wstępnych. To znaczy, sądownictwo wymaga zmian przede wszystkim w zakresie przyspieszenia postępowania. Mało kto sobie zdaje sprawę, że do sądów wpływa rocznie od 15 do 16 milionów spraw. To duża liczba, właściwie rzadko spotykana w krajach nawet większych od Polski, i ta liczba powoduje przewlekłość postępowania, bo jak sędzia okręgowy, wyższej instancji – sędzia rejonowy jest w gorszej sytuacji – ma 300 spraw i musi nimi obracać, bo inaczej w skargi wpływające do ministra czy do prezesa sądu będą się odbijać na jego skórze, to będzie wyznaczał sprawy raz na rok, raz na półtora. Może być i tak, i oczywiście nie jest to jego wina, tylko wina liczby spraw, które ma w referacie.

Zatem, reforma powinna przede wszystkim odciążyć sądy. Na ten temat jest bardzo dużo różnych pomysłów. Po pierwsze mówi się o powoływaniu sędziów pokoju. Taka instytucja na Mazowszu jest dobrze znana, była w okresie międzywojennym i nie ma żadnych przeszkód, żeby eksperymentalnie nie rozpocząć sprawdzenia, jak to by zadziałało, to wymaga zmiany konstytucji, ale na to by się wszyscy zgodzili.

Można rozpatrywanie spraw przekazać innym podmiotom niż sądy: notariuszom, można rozwinąć mediacje, można przede wszystkim uprościć postępowanie i cywilne, i karne, przy czym uproszczone postępowanie jeszcze za rządów PO, które opierało się na postępowaniu kontradyktoryjnym w sprawach karnych, zakończyło się tym, że pierwszą rzecz, którą zrobił pan Ziobro, uchylił te przepisy i wrócił do dawnego systemu. Nie będę dyskutował z nim zaocznie na temat zasadności takiej decyzji, ale niewątpliwie to uproszczenie odpadło.

Ministrowie sprawiedliwości PO mają w jednym punkcie zasługę, mianowicie utworzyli w Lublinie sąd elektroniczny, sąd, który obejmuje sprawy z całego kraju, i który załatwia najprostsze sprawy w trybie elektronicznym, a jest to mniej więcej do dwóch do dwóch i pół miliona spraw. Gdyby tych dwa i pół miliona spraw rozpoznawały jeszcze sądy w zwykłym trybie, byłoby jeszcze gorzej.

Ale teraz wróćmy do tej „wspaniałej” reformy. Nie będę mówił o tej reformie, która wpłynęła w postaci uchwalonych już ustaw do pana prezydenta; dwie z nich zostały zawetowane. Bo

powiedziałem wczoraj [25 września] w telewizji, że tamte ustawy były tragiczne, a to, co przedstawił nam pan prezydent, jest tylko bardzo złe. Z tych ustaw utrzymała się dotycząca ustroju sądów powszechnych.

Ta dotycząca ustroju sądów powszechnych przywróciła stan prawny, jaki istniał w PRL, a mianowicie dyskrecjonalne mianowanie i odwoływanie prezesów i wiceprezesów wszelkich sądów powszechnych przez ministra sprawiedliwości. Ten prezes, którego nie ogranicza, tak jak to było poprzednio, ani Kolegium, ani Zgromadzenie Ogólne, będzie powoływał znowu w sposób swobodny przewodniczących wydziałów, sędziów wizytatorów, itd., czyli minister uzyskał olbrzymie uprawnienia, takie akurat, jakie miał minister sprawiedliwości przed zmianami 89 roku.

To jest jego sukces, jest to zawłaszczenie bardzo istotnego elementu władzy sądowniczej. Tutaj bardzo ostro przeciwko temu sędziowie protestowali, bo jest to pogrzebanie tych rozwiązań, które były przyjęte przy Okrągłym Stole i weszły w życie, i za którymi głosował przy Okrągłym Stole a pewnie i później pan Jarosław Kaczyński i wielu innych działaczy również później związanych z PiS-em.

Ten projekt ustawy pana prezydenta, który dotyczy Krajowej Rady Sądownictwa ewidentnie łamie Konstytucję i to w paru miejscach. Po pierwsze, skraca kadencję sędziów w Krajowej Radzie Sądownictwa. Tego jeszcze wczoraj nie widziałem, dziś [26 września 2017] się dowiedziałem, że w tych ustawach tak jest. No, jeśli skraca kadencję sędziom w Krajowej Radzie, to może w przyszłości ktoś skróci kadencję panu prezydentowi. Te kadencje są równorzędne: kadencja pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, czy sędziego w Krajowej Radzie, czy Rzecznika Praw Obywatelskich, czy prezydenta, one są takie same. Te urzędy są jeden ważniejszy, drugi mniej, ale ich umocowanie w Konstytucji jest identyczne.

To pierwsze, po drugie – oddaje mianowanie, powołanie do Krajowej Rady Sądownictwa tych piętnastu sędziów – Sejmowi. Powołują się na to, że w Konstytucji mówi się, że w Krajowej Radzie jest czterech posłów powoływanych przez Sejm, dwóch senatorów powołanych przez Senat, ale nie mówi się, że sędziów powołują sędziowie. Ja bym więc przypomniał, że w tym samym przepisie nie mówi się, że przedstawiciela prezydenta powołuje prezydent, wobec tego proponowałbym, żeby Senat albo marszałek Sejmu powoływał przedstawiciela prezydenta, bo w Konstytucji nie mówi się, że przedstawiciela prezydenta powołuje prezydent…

Przy wykładni historycznej, wiadomo było przy uzasadnieniu ustawy z 20 grudnia 89 roku, dlaczego do Krajowej Rady wchodzi piętnastu sędziów powołanych przez sędziów ~ to było jednoznacznie określone i przez 27 lat nikt nie miał wątpliwości. Nagle teraz PiS i pan prezydent mają wątpliwości. Ten sposób powołania przez Sejm jest nie tylko niezgodny z przepisem, który mówi o składzie Krajowej Rady Sądownictwa, jak on jest powoływany, a jest również niezgodny z trójpodziałem władzy, który bardzo zasadniczo jest określony (trójpodział władzy jest nawet w

 

Sposób powoływania, to że trzy piąte, a jak trzy piąte nie będzie mogło, to każdy poseł jednego – to, oczywiście, nie ma wielkiego znaczenia. Jest ważne, że powołuje Sejm, a jeżeli potem będzie po tym indywidualnym głosowaniu – jeden sędzia PiS-u, drugi PO, trzeci PSL, to to będzie jeszcze większe naznaczenie polityczne sędziów, niż można to sobie wyobrazić. Powoływanie sędziów przez Krajową Radę, powoływanie na stanowisko sędziego, czy awansowanie proponowane prezydentowi przez Krajową Radę nie jest argumentem, że sędziowie sędziów powołują i kontrolują, bo tak się dziwnie składa, że w Sejmie marszałka powołują posłowie, a marszałka Senatu – senatorowie, i przewodniczących też, i nie mówimy w tym przypadku, że to jest jakaś wielka patologia.

Oczywiście, można mówić, że tutaj „ręka rękę myje” i jak jest postępowanie dyscyplinarne, to sędziowie na wniosek rzecznika oskarżenia, który jest sędzią, wydają bardzo łagodne orzeczenia, Ale to trzeba udowodnić! Wcale tak nie jest. Poza tym, tak się dziwnie składa, że się nie mówi o tym, że te posiedzenia w sprawach dyscyplinarnych są jawne; każdy może tam pójść… Że każdy wyrok z uzasadnieniem jest ogłoszony na stronach Sądu Najwyższego – każdy może to sobie przeczytać i ocenić, czy wobec zarzutu kara była słusznie orzeczona, albo czy słusznie uniewinniono. To można robić, ale nikt się takimi „drobiazgami”, jak analizą tych orzeczeń, nie zajmuje. Wystarczy po prostu powiedzieć, że tam „koleś broni kolesia”…

Tak się dziwnie składa, że w Sejmie też „koleś broni kolesia” i to bardziej dramatycznie, bo „koleś” może nie wydać „kolesia”, który popełnił przestępstwo organom ścigania. Można powiedzieć, że sąd dyscyplinarny może też nie wydać sędziego, ale takie przypadki nie są mi znane, a jeżeli mają miejsce, to w niezwykle drastycznych przypadkach, gdzie było ewidentne, że to była zasadzka na sędziego, czy też coś podobnego.

Przejdźmy może do ustawy o Sądzie Najwyższym. Pan prezydent wymyślił, że trzeba dać coś Panu Bogu, a diabłu też ogarek. Ten ogarek, to jest obniżenie wieku orzekania w Sądzie Najwyższym do 65 lat. I kobiet, i mężczyzn. W ten sposób 35% sędziów obecnego stanu Sądu Najwyższego przechodzi w stan spoczynku. I teraz upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa może spokojnie te mniej więcej 40% obsadzić swoimi ludzikami…

Następnie, pan prezydent może na wniosek sędziego przedłużyć mu orzekanie o trzy lata, najwyżej dwukrotnie o trzy lata, jak słuchałem, ale to już będzie decyzja polityka. Gdyby to robiła Krajowa Rada Sądownictwa, czy Kolegium Sądu Najwyższego, czy podobny organ, to on by badał stan zdrowia psychicznego, fizycznego, jakie jest to orzecznictwo z punktu widzenia wydajności sędziego. Tutaj żadnych takich kryteriów nie ma: pan prezydent może sobie zrobić, co chce! Jak jakiś sędzia wbije jakąś drzazgę komuś z PiS-u, to ten ktoś poprosi pana prezydenta, żeby sędziemu nie przedłużać…

 

Skrócenie okresu pracy sędziom, którzy byli powołani do siedemdziesiątego roku życia w zasadzie (stan zdrowia niektórych mógł wyłączyć) jest również – można sądzić – złamaniem Konstytucji. I jest problem pani pierwszej prezes… Pani pierwsza prezes ma zagwarantowany sześcioletni okres kierowania Sądem Najwyższym. Ten sześcioletni okres jest zagwarantowany konstytucyjnie. Jeżeli w listopadzie tego roku po ukończeniu przez panią pierwszą prezes 65 lat ona będzie przeniesiona w stan spoczynku, to to będzie znowu rażące nadużycie prawa, to znaczy złamanie Konstytucji i pan prezydent może oczekiwać, że jak przyjdzie do władzy nowa ekipa, powiedzmy w 2019 roku to byłoby możliwe, to również skróci mu kadencję, no bo jak można kadencję skracać pierwszej prezes pod jakimś tam pretekstem, to pretekst się znajdzie, żeby panu prezydentowi skrócić jego kadencję…

Powiedziałem o tych najbardziej drastycznych sprawach. Jeżeli chodzi o tzw. izbę dyscyplinarną, to dotąd w Sądzie najwyższym był Wydział Dyscyplinarny. Zmieniono go na Izbę – to może tylko zmiana nazwy, ale tam jest coś innego, mianowicie chce się w tej Izbie pomniejszyć skład sędziów. W Sądzie Najwyższym – Sąd Najwyższy był drugą instancją – w sprawach dyscyplinarnych orzeka siedmiu wylosowanych sędziów, więc skład był zupełnie przypadkowy. Nie można było ani go przewidzieć, ani go „odpowiednio” dobrać. Teraz to będzie w pierwszej instancji dwóch sędziów i jeden ławnik, a w drugiej instancji będzie trzech sędziów i dwóch ławników.

Oczywiście, w takich postępowaniach ławnicy mogą być, tylko zwracam uwagę na zmniejszenie składu; poza tym nie jest powiedziane, kim będą ci ławnicy…

Nie znam tej ustawy, niestety, która się dziś [26 września] podobno ukazała w Sejmie, le jeżeli ci ławnicy będą dobrani – powiedzmy – przez Senat, albo przez inny polityczny organ, to to będą znowu partyjni oficjele wydelegowani do Sądu Najwyższego do spraw dyscyplinarnych. To również jest niesmaczne.

No i rzecz ostatnia, to jest ta nadzwyczajna skarga rewizyjna, czy kasacyjna. Ja się w tej sprawie wypowiadałem, nawet mnie dzisiaj [26 września 2017] cytowano. Przede wszystkim wyraziłem ogromne współczucie tym, którzy uzyskali uprawnienia do składania takich skarg. To jest minister sprawiedliwości i prokurator generalny, rzecznik praw obywatelskich, jeszcze paru innych rzeczników i trzydziestu posłów lub dwudziestu senatorów.

Corocznie toczy się kilkanaście milionów spraw spornych, to znaczy zawsze jedna strona powinna przegrać, a czasami obydwie, albo obydwie w niedostatecznym stopniu uzyskać satysfakcję. Otóż, w tej sytuacji grozi to, że do tych właśnie uprawnionych do wnoszenia skarg będą wpływać miliony próśb o wniesienie takiej nadzwyczajnej kasacji… I co będzie się działo? Albo przy każdym pośle powoła się wielkie biuro, które będzie rozpatrywać zasadność tych skarg, badać akta – przecież nie można na podstawie napisanej skargi wnosić takiej nadzwyczajnej rewizji, trzeba opracować skargę, ona powinna mieć kilkanaście stron, powinna być odpowiednio udokumentowana, to musi zrobić chyba raczej prawnik… Więc trzeba będzie powołać takie biura, albo to będzie załatwiane wyłącznie na zasadzie kolesiostwa. Ponieważ tych 30 posłów, czy

20 senatorów nie będzie w stanie rozpoznać tych setek tysięcy spraw, które do nich wpłyną, to jeżeli ktoś dotrze do odpowiedniego ucha i będzie miał odpowiednio mocne argumenty, niekoniecznie merytoryczne, to taka skarga będzie wniesiona.

Jeżeli tych skarg wniesie się bardzo dużo, powiedzmy – będzie się miesięcznie wnosić parę tysięcy skarg, a rozpatrywać ma je jedna Izba, to ta izba te skargi będzie rozpoznawać po kilku latach. To nie da specjalnej satysfakcji. Gdyby chcieli skierować nie kilkanaście, czy kilka a kilkadziesiąt, to w ogóle sąd by stanął.

Natomiast to będzie miało jeszcze inne negatywne skutki, mianowicie nikt nie będzie czuł się bezpiecznie. Ktoś wystąpił o zasiedzenie i zapadło orzeczenie o zasiedzeniu. W ciągu pięciu lat po prawomocnym orzeczeniu będzie mogła wpłynąć skarga nadzwyczajna i można będzie się spodziewać, że z jakichś nieznanych powodów to orzeczenie będzie uchylone. To przez pięć lat nie należy budować chałupy, bo nie wiadomo, czy to będzie moja chałupa. Pewność prawa zostanie zakwestionowana. A przecież i procedura cywilna, i procedura karna zawiera różne specjalne tryby zmiany jawnie nieprawidłowego orzeczenia, różne wznowienia postępowania – nie będę tego omawiał. Czyli pewność prawa, która jest wartością, spadnie.

Konkludując, oczekiwałbym zatem, że tam, gdzie jest sytuacja jasna, gdzie przewlekłość postępowania jest jedną z najboleśniejszych elementów naszego sądownictwa, trzeba to robić, a nie przejmować personalnie sądy. To jedna rzecz. Druga, że skoro są uzasadnione uwagi, nie wiem, w jakim stopniu, ale nie zawsze kultura sali sądowej jest dobra, to trzeba odciążyć sędziów, żeby nie żyli w stałym stresie. W sądach warszawskich sędziów rejonowych zbadali psycholodzy i okazało się, że oni są tak zestresowani, że gdyby byli policjantami, to by ich nie wypuszczono na ulice.

Trzeba zmienić obciążenie, trzeba sędziów wyposażyć w większą liczbę asystentów, trzeba zmienić procedury tak, żeby one nie wiązały nadmiernie sędziom rąk i żeby szybko i sprawnie można było sprawy rozpoznawać. Tego czekają Polacy w tych ponad 80%, którzy chcą zmian w sądownictwie, a tego nie oczekuje PiS, bo mu zależy wyłącznie na przejęciu sądów, tak jak przejęli Sejm, jak przejęli spółki, jak przejęli różne inne lukratywne miejsca, i mogą zaspokoić z jednej strony pewną idée fixe pana prezesa, i wygłodzonych kolegów tegoż. Dziękuję.