Kochajcie się zamiast czynić wojnę!

Autor: Anna Stawikowska

Jestem córką Antoniego Stawikowskiego. W latach siedemdziesiątych mój tata był działaczem opozycji demokratycznej, później został wybrany Przewodniczącym Zarządu Regionu Toruńskiego „Solidarności”. W stanie wojennym prawie rok przesiedział w więzieniu, później działał w podziemiu aż do „Okrągłego Stołu”, gdzie przy stole d/s. reform politycznych reprezentował opozycję. Kiedy reaktywowano oficjalną „Solidarność” przewodził jej do pierwszych wyborów jednocześnie stojąc na czele Komitetu Obywatelskiego. Sam nie kandydował do Sejmu, co było ewenementem na skalę krajową. Jak mówił wybrał lepszych od siebie. Kiedy premier Tadeusz Mazowiecki zaproponował mu tekę ministra odmówił, argumentując podobnie. Wrócił do astronomii.

Mój ojciec nauczył mnie, żeby nie godzić się na łamanie praw człowieka, zabierać głos, kiedy widzę niesprawiedliwość i nie kierować własnymi ambicjami czy chęcią zysku w sprawach publicznych. Nigdy nie zajmowałam więc eksponowanych funkcji, nie zabiegałam o nie.

W latach siedemdziesiątych organizowałam „podziemne” spotkania samokształceniowe dla moich rówieśników, w czasie „Solidarności” działałam w samorządach szkolnych i NZS. Byłam aktywna w stanie wojennym, później znowu działałam w „Solidarności”. Z racji wieku, doświadczeń oraz środowiska, w którym dorastałam i nadal się obracam patrzę na obecny protest społeczny przez pryzmat historii.

W 1980 roku wielki pokojowy ruch, którym była „Solidarność” wywalczył niewyobrażalnie duży zakres wolności jak na komunistyczne państwo. Dziesięć milionów ludzi o różnych podglądach, statusie materialnym, wykształceniu zjednoczyło się wokół jednej idei – ruchu społecznego, który pozwoli im wyrażać swoje potrzeby, umożliwi działanie. Udało się utrzymać pokojowy charakter tego ruchu, mimo prowokacji władz. To była jego siła.

W 1989 roku jako pierwsi w całym bloku obaliliśmy komunizm. Pokojowo. 4 i 5 czerwca 1989 roku to było w Polsce święto wolności. Zwyciężyliśmy bez jednego wystrzału. Bez agresji, nawet bez wychodzenia na ulicę. Naszą bronią były kartki do głosowania.

Mamy rok 2017. Po latach bierności znowu widać falę obywatelskiego pospolitego ruszenia. Od ponad roku demonstrujemy w obronie demokracji. Od kilku dni liczba osób angażujących się w tę obronę lawinowo narasta. Znowu łączą się wokół jednej idei młodzi i starzy, bogatsi i biedniejsi, bardziej i mniej wykształceni, łączą się ludzie o różnych poglądach i światopoglądach. I znowu pokojowo, w pięknej tolerancji, chociaż nazywani są gorszym sortem, kanaliami, ubekami itp. Tworzą łańcuch światła, łańcuch nadziei.

Protestujemy przeciw odebraniu niezawisłości sądom, przeciw łamaniu konstytucji, które jest dziełem partii PIS i jej przewodniczącego Jarosława Kaczyńskiego. Protestujemy przeciw zachowaniom polityków PIS, dziennikarzom TVP, którzy dosłownie pokazują demonstrantom trzeci palec. Dlatego apeluję do organizatorów i uczestników – nie używajmy tego samego języka. Nie mówmy o „Kaczorze”, „kaczyzmie”, nie nazywajmy Prezydenta RP „Adrianem”. Waga protestu zasługuje na poważny język, nie odpowiadajmy inwektywami na inwektywy, nie przynośmy rysunków szubienic, karykatur, które szydzą z człowieka, z którym się nie zgadzamy. Nie chcielibyśmy, żeby w ten sposób traktowano nas albo tych, którzy są dla nas autorytetami.

Prezes Kaczyński już straszy polityków więzieniem za udział w demonstracjach. Przed nami trudne czasy dawania świadectwa, za które być może trzeba będzie zapłacić wysoką cenę. Chciałabym, żebyśmy pozostali niezłomni, a jednocześnie wolni od nienawiści.

Są miasta, w których cowieczorne protesty przebiegają w atmosferze pełnej godności, czasem humoru, ale pozbawionej agresji. Tak jest na przykład w Poznaniu, gdzie spotkania prowadzi młody absolwent sztuk pięknych. Co dzień ludzi przyrasta lawinowo, nie ma wykluczonych, wszyscy są witani przyjaźnie, ale nie ma przyzwolenia na agresję. Miałam wrażenie, że – choć nie do końca tak samo, jednak podobnie jest w Toruniu. To, co mnie martwiło, i czym dzieliłam się z organizatorem tych spotkań, to mikrofonowa nadreprezentacja agresywnych „dziewuch”, jak same się nazywają. To wspaniałe, że na wieczornych spotkaniach na ulicy Piekary jest miejsce i dla feministek i dla konserwatystów, nikogo nie powinno się wykluczać. Wykluczono tylko partie polityczne. Ich działacze nie zabierali głosu, przychodzili jako obywatele. Piękna postawa.

Jednak kiedy przychodziłam protestować w sprawie sądów czułam się źle, kiedy skandowano o ciemiężeniu kobiet, tym bardziej, że ja ciemiężona się nie czuję. „Dziewuchy dziewuchom” powinny wziąć tym razem przykład z polityków.

Dzisiaj, w niedzielę poszłam na wiec organizowany przez KOD, na który polityków zaproszono i poproszono ich o głos. Panie, które były współorganizatorkami tego wiecu gwizdały i wznosiły wrogie okrzyki, kiedy zaczął mówić poseł PO. Początek wiecu, to była feministyczna manifa. Później mówcy również nie zawsze odnosili się do zamachu na sądy. Spotkanie wyraźnie wymknęło się z rąk organizatorom z KOD. Jedna z pań wyraziła nadzieję, że to już nie jest protest tylko rewolucja. Rzeczywiście hasła kobiet były rewolucyjne i pełne agresji.

W 1956 roku na Węgrzech tłum wieszał na latarniach ubeków. W 1989 roku w Rumunii tłum rozstrzelał Nicolae Ceausescu Sekretarza Generalnego partii komunistycznej i jego żonę. Tak działa rewolucja. I francuska i bolszewicka – każda. Chciałam przemówić do zebranych, żeby nie ulegali negatywnym emocjom, ale odmówiono mi prawa głosu.

Ja mam nadzieję, że to jednak nie jest rewolucja. Siłą polskich powojennych protestów było to, że rewolucją nie były, nie straszyły nikogo więzieniami, nie obrzucały inwektywami.

Tłum ma swoje prawa i może stać się groźny. Skandowanie „będziesz siedział!” jest niebezpiecznie blisko „będziesz wisiał!”. Do historii kina i nie tylko kina przeszła scena z filmu Boba Fosse’a „Kabaret”. W podberlińskim parku, w kawiarni blond młodzieniec śpiewa melodyjną piosenkę „Jutro należy do mnie”. Przy kolejnych zwrotkach do chłopca dołączają kolejni mężczyźni i kobiety, melodia staje się coraz bardziej bojowa, tekst drapieżny, a na koniec śpiewający unoszą ramię w geście hitlerowskiego pozdrowienia.

Kiedy słucham okrzyku „Wszyscy razem pięści w górę, powstrzymamy dyktaturę” i widzę te uniesione w faszystowskim (choć przecież w niezamierzony sposób) geście pięści, nie tylko z trwogą myślę o tym, jak będą wyglądać w przekazie medialnym, ale przypomina mi się film Fosse’a.

Po wielu latach znowu jestem świadkiem polskiego cudu. Jestem dumna z tego, że jestem Polką, że jestem świadkiem i uczestnikiem masowego zrywu obywatelskiego, protestu najwyższej próby. Ta ogromna, cudowna energia społeczna, która się teraz ujawnia jest wielkim skarbem, dobrem, wartością.

Ci, którzy postanowili nią pokierować powinni mieć świadomość spoczywającej na nich odpowiedzialności. Łatwo zniszczyć ludzki entuzjazm, znacznie trudniej go wyzwolić.

Make love not war!