Zwykły szary człowiek

Z pominięciem pytań zapis rozmowy (sprzed 26. lat…) Małgorzaty Skuczyńskiej z Krystyną Kutą

Co mnie ukształtowało? Przede wszystkim dom. Historia życia mojej matki, wywiezionej wraz z babcią z Marcinkowic koło Grodna na całe sześć lat do północnego Kazachstanu. Historia życia dziadka, zawodowego oficera, który znalazł się w Ostaszkowie i nigdy stamtąd nie wrócił. Od najmłodszych lat uczyłam się różnicy między komuną a światem zwykłych ludzi.

Wychowam się w Skika_2wyczczecinie. W 1970 byłam świadkiem wydarzeń grudniowych. Zapuściłam się wtedy do samego śródmieścia. Czułam gaz łzawiący, słyszałam strzały, widziałam tłumy, czołgi na ulicach. „(…) Dnia 17. grudnia roku pamiętnego/ wyruszyła stocznia na pałac Grubego” (przezwisko ówczesnego I sekretarza KW PZPR w Szczecinie Antoniego Walaszka) – przepisywaliśmy tę piosenkę na parapetach w szkolnej ubikacji. I uczyliśmy się milczeć, czyli konspiracji.

Gdy doszedł do władzy Gierek, wydawało się, że będzie dobrze. Niemniej od pewnego czasu zaczęliśmy słuchać audycji radia zachodniego. W starszych klasach szkoły średniej zbliżyłam się do ruchu hipisowskiego. Był to przejaw kontestacji pokoleniowej, ale miała ona charakter biernego protestu politycznego. Nazwałabym ów protest raczej tanią antyradzieckością. Była ona odpowiedzią na propagandę. Brzydkim zwyczajom obrzucania niewybrednymi epitetami wycieczek z Rosji nie hołdowałam. A poza tym gdzieś tam się zerwało plakat lub czerwoną flagę. Modne było „naciąganie” komuny poprzez jeżdżenie na gapę tramwajem. Potem był Radom. Studiowałam już w Toruniu. Z Wolnej Europy dowiedziałam się o istnieniu KOR-u. Wtedy kontakt z nimi wydawał się niemożliwy. Myślałam o nich- elita. A jednak… W 1977 roku rozwiązane zostało pod zarzutem utrzymywania kontaktów z KOR-em Koło Naukowe Filologii Polskiej. Oskarżenie to było czystym absurdem. Pani Mocarska, opiekunka Koła, bez reszty była zaangażowana w pracę naukową, przy czym jej interpretacja literatury i życia literackiego odbiegała od oficjalnej. Pewnie to, dodając jeszcze działalność KIK- owską dr. Mocarskiej, było już dostatecznym argumentem dla tych, którzy podjęli decyzję o rozwiązani Koła. A ja ten swój upragniony kontakt z KOR-em złapałam parę miesięcy później. Od I roku pracowałam w studenckim radiu „Centrum”, w redakcji literackiej (od propagandy trzymałam się z daleka). W związku z tym wyjeżdżałam czasem do Gdańska, Warszawy, Łodzi. W Warszawie, w akademiku „Mikrus”, przez czysty przypadek, bo pomyliłam pokoje, zostałam ugoszczona przez chłopców, którzy mieli książkę Barańczaka „Ja wiem, że to niesłuszne”. Było to wydanie powielaczowe. Barańczak był mi trochę znany. Wywiązała się rozmowa. Tak się zaczęło. Przywoziłam z Warszawy „Robotnika”, „Biuletyny Informacyjne KSS KOR”. Długo ta współpraca nie trwała, bo urodziła się Ania.

Okazało się, że na moim roku jest wielu sympatyków KOR-u i w ogóle niezależnej działalności. Zbieraliśmy się w DS 1, by czytać niezależną prasę i literaturę. Teksty przepisywaliśmy na maszynie i ręcznie. Było wiele nieformalnych spotkań. U nas swoje pierwsze piosenki śpiewał Grzegorz Ciechowski.

Wiosną 1978 roku dowiedziałam się o śmierci Witolda Dąbrowskiego. Bardzo to przeżyłam. Śmierć ta była następstwem pobicia w bardzo niejasnych okolicznościach przez „nieznanych” sprawców. Działo się to w okolicach 3 maja. Trwał wówczas zjazd ZLP, na którym odmówiono absolutorium ustępującemu Zarządowi, zarzucając jego członkom, że utrudniają życie członkom działającym w KOR, że nie bronią Anki Kowalskiej, Bierezina, pisarzy związanych z TKN- Dąbrowskiego i Woroszylskiego. Dąbrowski, mimo że został pobity, uczestniczył w zebraniu. Zmarł tydzień później. Znałam go krótko. W 1977 przyjechał na wieczór poetycki do Torunia, do „Imperialu”. (…)

W 1978 miałam rok przerwy w studiach. Potem znów wróciłam do Torunia. W niedługim czasie przyjechali tu Staszek Śmigiel i Konrad Turzyński (z Gdańska), Wiesiek Cichoń (z Poznania). W Warszawie znałam coraz więcej działaczy niezależnych: Kuronia, Wujca, Joannę Szczęsną, Ankę Kowalską.

Emocje? Towarzyszyły wielu sytuacjom, niekiedy były poszyte humorem. W styczniu 1980 Turzyński, Śmigiel i ja odprowadzaliśmy na dworzec Aleksandra Halla. A właściwie wszyscy wówczas wyjeżdżaliśmy: dwie osoby do Gdańska i dwie do Warszawy. No i niezbyt nam wyszło z tymi podróżami. Akurat wyszłam do toalety. Konrad trzymał moją torbę. Wracając ujrzałam trójkę swoich towarzyszy w niezbyt miłej sytuacji: Patrol ubecki pod przewodnictwem pana Duszy prowadził ich na komisariat… Zostałam bez dokumentów i pieniędzy. Na drugi dzień stopem dotarłam do Warszawy. Poszłam do Kuronia, powiedziałam co trzeba. Pożyczył mi 300 zł (moje stypendium wynosiło wówczas 1000 zł). Podczas następnego pobytu w Warszawie chciałam oddać swój dług. Kuroń zdecydowanie odmówił. Te 300 zł położyłam na tacy w Leśnej Podkowie, gdzie właśnie kończyła się głodówka przeciw represjom i w intencji uwolnienia więźniów politycznych (uwolniono wtedy Mirosława Chojeckiego). Mniej więcej w tym okresie pierwszy raz zostałam zatrzymana na 48 godzin. Czekaliśmy na Michnika w mieszkaniu Staszka Śmigla. Staszek wynajmował pokój u pani Klebeko, dziś już nieżyjącej. To była wspaniała kobieta, przyjmująca ludzi mających kłopoty z SB. Po pierwszej rewizji obniżyła Staszkowi czynsz o 100 zł, po drugiej poczęstowała go obiadem. Gdy nas wzięli, całą czternastką wylądowaliśmy w Chełmnie. Stamtąd wróciłam na własny koszt. Jeśli wcześniej się bałam, to po tych pierwszych 48 godzinach przestałam odczuwać strach. Kiedyś szłam do Kuronia. Dom był obstawiony, ale przeszłam przez „kocioł”. Miałam szczęście. Niemniej oni wiedzieli, że coś robię. Wydarzyła się jeszcze jedna piękna historia. Wtedy siedział M. Chojecki, szef „Nowej”. Trwała akcja ulotkowa na rzecz jego uwolnienia. W Toruniu również taką przygotowaliśmy. Dzień przed akcją w pokoju bez podsłuchu robiliśmy „bomby” ulotkowe. Ulotki nizało się na nylonową żyłkę z dłuższym, zakończonym pętelką, końcem. Pod żyłkę wsuwało się kawałek „sreberka” i papieros malboro, który-raz zapalony-nie gasł. Taki „ładunek” układało się na skraju dachu wieżowca, zapalało papierosa…i było jeszcze 10 minut na bezpieczne oddalenie się. Ulotki pięknie się sypały. To był warszawski pomysł z „Mikrusa”: Teodora Klincewicza i Witka Karpińskiego (tacy sami szarzy ludzie jak ja). Umówiliśmy się, że „bombki” zrzucimy o 15,55. Niestety, na długo przed wyznaczoną godziną zatrzymani zostali Staszek Śmigiel i Konrad Turzyński. Mnie ostrzeżono w pracy (studiujc pracowałam jako pomoc kuchenna w stołówce UMK). Na Andrzeja Huniewicza i Roberta Ziemkiewicza SB czekała w akademiku. Oni też zostali ostrzeżeni; ich „bomby” znaleziono w akademiku. Ostatni, Andrzej Olszewski, nie umiał się przekonująco wytłumaczyć, co robił… Z pracy poszłam na zajęcia. Potem wracałam w towarzystwie dziekana Wincławskiego. Przy akademiku była obstawa, ale wiedziałam, że przy dziekanie mnie nie zaczepią. Poprosiłam, żeby dziekan odprowadził mnie na schody. Doc. Wincławski o nic nie pytał, spełnił moją prośbę. Oni, oczywiście, wpadli za mną, ale ja schroniłam się w pokoju Krystyny Różyczki. Wtedy jeszcze esbecja nie miała śmiałości przetrząsać akademików. Postanowiłam swoja „bombę” zrzucić. Przebrałam się w płaszcz Krystyny, włosy schowałam pod beret, jaskrawo się wymalowałam. Nie poszli za mną. „Bombę” spuściłam z wieżowca z napisem „Elana”. (…)

kika_1wyc1980 rok to była zupełna niespodzianka. Nie było mnie wtedy w Toruniu. Potem był strajk w Łodzi w sprawie NZS-u. Ania miała wtedy dwa lata i to był pierwszy w jej życiu strajk. Mijały ostatnie miesiące moich studiów. Nie przyjmowałam żadnych funkcji w NZS-ie. W czerwcu podjęłam pracę w MKZ-cie jako dokumentalistka Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych. Właściwie zajmowałam się kolportażem. Zaczęłam tworzyć bibliotekę. Muszę powiedzieć, że jakkolwiek chciałam działać w „S”, to nie odpowiadała mi funkcja etatowa. Nie lubię brać pieniędzy za to, co nie da się przeliczyć na złotówki. (…) Rok 1981 bez reszty wypełniony był działalnością. Byłam członkiem Komitetu Więzionych za Przekonania.. (…)

Mimo że przeczuwany , jednak 13 grudnia zaskoczył mnie. Noc. Za 15 dwunasta. Weszli bez pukania, mieszkanie nie było zamknięte. Trzech. Czwarty, mundurowy, stał w sieni. Uzbrojeni. Zaczęłam się ubierać. Ciepło ubierać. Jeszcze parę paczek papierosów, trochę pieniędzy. Pomyślałam: „Ale się wygłupiają z tą bronią”. Z samochodu widziałam jeszcze biało-czerwone flagi na budynku Państwowych Cukrowni: strajkowali rolnicy indywidualni. Z początku, gdy znalazłam się na Słowackiego, pomyślałam, że to, co się stało, dotyczy tylko mnie. Jednak parę minut później przywieźli Krystynę Sienkiewicz, Bożenę Chrystyniak z „Nowości”, Renatę Jacewicz, Renię Okoniek z „Toralu”,Lucynę Rejmanowską (nauczycielkę, ze struktur poziomych PZPR). Dali nam decyzję o internowaniu. Nie wiedziałam, co to jest. Wyjazd. Szosa na Bydgoszcz, nagle skręcamy w Okrężną. Myślę – to objazd. Zatrzymujemy się w lesie. Lotnisko wojskowe. Ustawiają nas w kolumnę. Dookoła jeżdżą radiowozy i karetka. Pamiętam te niebieskie migacze. Wtedy bałam się, że wywiozą nas na wschód. Byłam bardzo blisko domu. O 6.00 usłyszałam dzwon św. Józefa. Wtedy włączyli radio. Przy drzwiach samochodu chyba zomowcy uzbrojeni w karabiny. Przemówienie Jaruzelskiego. Odebrałam je jako wrogie, pełne nienawiści. Do pasji doprowadziło mnie to, że na końcu – hymn. Potem kolumna ruszyła. Podgórz, obwodnica bydgoska, Potulice. Tam dołącza do nas rolniczka Krystyna Misiak. W tym składzie jedziemy do Fordonu. Byłam zadowolona. Myślałam, że groziło nam coś gorszego, a znalazłyśmy się zwyczajnie w polskim więzieniu. Grupa toruńska była bardzo liczna. Zaczęłyśmy się urządzać. Zrobiło się bardzo wesoło.

Początek stycznia 1982. Siedzimy w celach. Nagle wszedł zastępca komendanta… Za 15 minut wyjazd. Trzy „suki” zapakowane po brzegi. Zimno. 22 godziny podróży na północny-wschód. Z ubikacji wyrzucamy karteczki (w pobliżu dworca PKS w Brodnicy znaleziono taką karteczkę-informację). Prawie nic do jedzenia… Wysiadamy. Szok: przed nami szlaban i żołnierze. Trzysta metrów do granicy. Strefa ściśle kontrolowana. Wreszcie się wyjaśnia. Kwaterują nas w Ośrodku Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Na początku strasznie obco i strach, że ten ośrodek to podstęp, że nas podwiozą parę metrów dalej…

Potem oswajamy się. Wiedziałyśmy, że musimy przetrwać. Wydajemy swoje pisemko, pracujemy w bibliotece. Trzeba sobie znaleźć zajęcie. Pierwszego marca – szok. Część internowanych wyjeżdża. Strach przed nieznanym. Potem okazało się, że to nieznane to Darłówek. W tej grupie była Krystyna Sienkiewicz i Gajka Kuroniowa. Gajkę znałam od początku 80-go roku. Była bardzo dzielna. Jej mąż i syn również siedzieli. Przez klapę „suki” pomachała do nas. Wtedy widziałam ją ostatni raz. Zmarła w listopadzie na raka.

kika_3wycMijały tygodnie. Przebywałyśmy w dużym ludzkim zbiorowisku, zagęszczeniu charakterów i osobowości. Chorobą takich miejsc jest nadmierna podejrzliwość. Były, oczywiście, wtyczki. Ale zdarzył się też przypadek Marleny Grobeckiej z Poznania. Była maszynistką w Zarządzie Regionu. Dziewczyna wskutek izolacji wpadła w zły stan psychiczny. Objawiało się to wyjątkową ruchliwością. Wchodziła nieoczekiwanie do pokojów… W sumie skończyło się na szpitalu psychiatrycznym w Węgorzewie. Nie ubecy ją wykończyli, my to zrobiłyśmy.

3 maja wywiesiłyśmy flagę z czarnym kirem. I obroniłyśmy ją, gdy przyjechała milicja. Wyjeżdżałam z Gołdapi 22 lipca 82 roku. Pod spódnicą wyniosłam tę flagę z maja…

(…) W 84-tym po Wielkanocy znów rewizja. Zaskoczenie. Weszli około 20-tej. Rewizja trwała do pierwszej. Niewiele znaleźli. Znów rewizja. Wywieźli tony bibuły, pewnie podrzucili… Na miesiąc trafiłam do Wąbrzeźna („Grand Hotel”), dwa spędziłam w więzieniu grudziądzkim.

Jak jest teraz? Brak mi konspiracji. Jednak się cieszę, że nie grozi mi zatrzymanie, że mam spokój w pracy. W konspiracji spędziłam całe swoje dorosłe życie. Teraz mam 33 lata.

Nie czuję się pokrzywdzona, że znalazłam się na bocznym torze wśród przeciętnych zjadaczy chleba. Obawiałam się narodzin solidarnościowego lobby. Ci, którzy teraz są działaczami Związku, którzy rządzą, to też nie stali po drugiej stronie. Więc może musi tak być-jedni burzą, drudzy budują…

Dlaczego pracuję jako sprzątaczka? Chyba chodzi mi o atmosferę w moim miejscu pracy. Dzięki niej przetrwałam po wyjściu z Grudziądza, nie miałam przykrości ze względów politycznych.

Czy czuję się oszukana? Nie. Choć – trochę „melancholijnie”….

(w tekście wykorzystano zdjęcia autorstwa Marka Krupeckiego z dnia wyborów: 11 września 2016 r.)